Darmowy Program PIT

Wspomogła finansowo organizację koncerty charytatywnego na rzecz dzieci niepełnosprawnych w katowickim Spodku.

Fundacja Sekwoja Jana Nowaka pragnie podziękować Firmie BUDIMEX S.A. - Zarządowi oraz Panu Dyrektorowi Kozioł za czułe serce i wrażliwość na nieszczęście drugiego człowieka. W tym świecie tak wiele płynie łez, a tak mało uśmiechu.
Fundacja gorąco dziękuje za cenny dar Firmie Budimex S.A.

Lubusko-Wielkopolski Bank Spółdzielczy
z siedzibą w Drezdenku

Serdeczne podziewanie dla L-WBS oraz dla Pana Prezesa za pomoc i zrozumienie.
Fundacja Sekwoja Jana Nowaka dziękuje Darczyńcy.

Fundacja Sekwoja Jana Nowaka – z całego serca dziękuje Panom Prezesom Piotrowi Pawlinie i Tomaszowi Wiszczukowi za ofiarowanie cennego i  szlachetnego daru na rzecz pomocy drugiemu człowiekowi.
Wiele jest nieszczęścia i tragedii ludzkiej, dzięki tak wspaniałym  Panom Prezesom oraz Firmie SE Bordnetze Polska Sp. z o.o. będzie można sprawić radość i uśmiech na twarzy cierpienia.
Jeszcze raz Fundacja Sekwoja Jana Nowaka bardzo, bardzo serdecznie dziękuje.
Z poważaniem – Prezes Zarządu Jan Nowak

Fundacja Sekwoja Jana Nowaka – serdecznie dziękuje Panu Prezesowi Zbigniewowi Wielgoszowi za cenny dar, który przyczyni się do organizowanego Koncertu-Pikniku na rzecz Osób Niepełnosprawnych.
Bardzo serdecznie dziękuję Panu Prezesowi i GBS BARLINEK.
Z poważaniem – Prezes Zarządu Jan Nowak

Fundacja Sekwoja Jana Nowaka - dziękuje bardzo Pani Prezes Joannie Strzelec-Łobodzińskiej za przekazany na moją Fundację wielki szlachetny dar, który służyć będzie w pomocy tych osób, którzy na co dzień zmagają się ze swoją chorobą, kalectwem. Ten wielki dar ze strony Pani Prezes oraz Kompanii Węglowej S.A. przyczyni się do zamiany łez tragedii na chwilową radość, ponieważ mimo najszczerszych chęci nie da się całkowicie zlikwidować tragedii ludzkiej.
Lecz dzięki tak wspaniałym ludziom jak Pani Prezes będzie można choć przez chwilę zamienić płacz w radość i uśmiech serca.
Fundacja Sekwoja Jana Nowaka jeszcze raz z całego serca dziękuję za ten szlachetny dar.
Prezes Fundacji Jan Nowak 

FUNDACJA SEKWOJA JANA NOWAKA BZ WBK S.A. (IBAN) PL 15 1090 1623 0000 0001 0909 0300

 

Opowiadania - W białym domu

"Drogą przez wzgórza niedoli..."

Moja historia - część 1

W opowiadaniu tym opisuję swój życiowy los. Opisuję swoją tragedię podczas przebywania w Klinice Neurochirurgii w Poznaniu oraz dalszy ciąg mojej drogi przez "ciernie" - tj. - życia w kalectwie. Pokonywanie różnych problemów oraz moje spojrzenie na ludzi, świat, oraz własne odczucia z pobytu w trzech Domach Pomocy. W domach tych spotkałem prawdziwe "diamenty serca". To oni tworzą prawdziwe "pamiętniki serca". Bez nich życie w takich miejscach jak Domy Pomocy byłyby ciemne i beznadziejne. Smutne jest to, że "diamentów" tych jest coraz mniej.

Był piękny, lipcowy dzień 1967 roku. Od samego rana przebywaliśmy na łące, była nas cała gromada. Jak to bywa u młodych ludzi, śmiechy, żarty. Każdy z nas był w miłym nastroju. Z radością przystępowaliśmy do pracy. Praca nasza polegała na składaniu siana w stogi. Dla młodych ludzi było to wspaniałe przeżycie, z drugiej zaś strony było to pewne wyżycie się gdzieś z dala od domu. Choć byliśmy wtedy wszyscy bardzo młodzi, to czuliśmy się jak dorośli, gdyż spoczywał na nas obowiązek wykonywania pewnej pracy.

Dzień był śliczny, bezchmurne niebo i słonko cudownie grzało. Nad naszymi głowami skowronki pięknie nuciły swoją pieśń. Łąki! - obszerne połacie kwiecisto-zielonego dywanu z nad którego unosiła się miła woń. I my młodzi druhowie, beztroscy, pełni zapału - zabieraliśmy się do pracy.

Młodość nasza wyglądała jak te piękne, zielone łąki. Żar i energia tryskała z nas! Na łące zrobiło się gwarno, niczym w ulu. Traktory z przyczepami ruszyły w kierunku zwałowisk z sianem, a my z werwą przystąpiliśmy do załadowania tego na przyczepy. Z pełnymi przyczepami siana traktory podjeżdżały do stogów, na które składaliśmy to siano. Stogi rosły w górę i wyglądały niczym piramidy!

Pogrążeni w wirze pracy nie zważaliśmy na to jak prędko mijały godziny. Nim się obejrzeliśmy, a już było południe. Nasze żołądki domagały się pożywienia, więc z radością wszyscy okrzyknęli przerwę w pracy!

Mimo zmęczenia, bo praca naprawdę była ciężka, panował radosny nastrój i wszyscy świetnie się bawili i nikt z nas nawet nie pomyślał o tym, że gdzieś w ukryciu czai się śmiertelny "wróg". Upatrzył sobie ofiarę i czekał na odpowiedni moment kiedy tylko będzie mógł zadać śmiertelny cios! W samo południe słońce prażyło niemiłosiernie, więc całą gromadą przenieśliśmy się nad rzekę. Miły i chłodny wietrzyk koił nasze ciała przed słonecznym żarem.

Kilku starszych wiekiem pracowników zaczęło się kąpać, więc nam młodym było to na rękę i prędko poszliśmy w ich ślady. Oczywiście, było też pozwolenie przełożonego na kąpiel w rzece.

Upalny dzień, a woda była przyjemna, była ochłodą na spieczone słońcem nasze ciała. Paru mężczyzn skoczyło na głowę do wody. Były żarty i figle jak to zwykle bywa nad wodą.

Jeden z pracowników ściągnął mi z głowy kapelusz i rzucił go na środek rzeki, ja długo nad tym się nie zastanawiałem i z wysokiej skarpy skoczyłem do wody po ten kapelusz by nie odpłynął mi zbyt daleko. Pogoń za odpływającym kapeluszem powiodła się i kapelusz uratowałem. Zachęcony udanym skokiem pragnąłem go powtórzyć z drugiego brzegu, a że chyba dobrze pływałem i skakałem na głowę, więc w takiej chwili zbytnio się nie myślało o jakiejś tam tragedii. Zrobiłem kilka kroków do tyłu by wziąć lekki rozpęd i skoczyłem po raz trzeci na głowę do wody.

Do góry

Moja historia - część 2

Poczułem nagle ból i prąd po mnie przeleciał od głowy do stóp. W jednej chwili, w ułamku sekundy wszystko nagle runęło. W oka mgnieniu w świadomości powstała trwoga i lęk przed utonięciem!

Po kilkudziesięciu sekundach wypłynąłem na powierzchnię wody, lecz twarzą byłem odwrócony ku dnie. Płynąłem z prądem rzeki. W oddali słyszałem głosy rozmawiających kolegów, a tu w wodnej toni zapanowała trwoga i jednocześnie walka o życie! Przez chwilę "śmiertelny wróg" miał nade mną przewagę, ponieważ trzymał mnie w ramionach śmierci.

Mogłem tylko jeszcze kilkanaście sekund wytrzymać bez oddychania, tego nie da się opisać co w tamtych chwilach przeżywałem, śmiertelny lęk przeszył mnie na wylot, zimno i ból. Uświadomiłem sobie, że za małą chwilkę może być po wszystkim, gdyż zacząłbym pić wodę, a to groziło uduszeniem.

Tak blisko znajdowała się pomoc, a mi zdawało się, że tak daleko i była to wieczność! Nagle pomyślałem, że będzie to już mój koniec - nagle usłyszałem rozmowę stojących na brzegu pracowników, którzy mówili do siebie, podejdźmy i zobaczmy co się z nim dzieje. Ktoś z kolegów powiedział, na pewno udaje.

Dobrze, że ci starsi pracownicy tak nie pomyśleli bo w przeciwnym razie byłoby już po mnie! W takim przypadku nie byłoby też tego opowiadania... Poczułem nagle jak czyjeś dłonie chwytają mnie za ramiona i przekręcają na plecy. Jakąż ulgę poczułem nie da się opisać, po prostu żyłem! Zawsze mówiłem, że w tej trwodze Najwyższy czuwał nade mną. Ręce i nogi, całe moje ciało stało się niewładne i przypominało galaretę - tylko patrzeć jak oderwie się od kości i rozpłynie się.

Byłem całkowicie sparaliżowany. Przyjaciele wynieśli mnie z wody na brzeg i położyli na trawie, W oczach nagle pociemniało mi mimo, że był śliczny, upalny dzień, ja widziałem wszystko na szaro, niebo też było szare jak gdyby za chwilę miał spaść deszcz.

Będąc w chwilowym zamroczeniu, w szoku, nie zdawałem sobie sprawy, że właśnie tam nad rzeką zawalił mi się cały mój świat i, że od tej chwili moje życie potoczy się całkiem innymi ścieżkami, "ścieżkami koszmaru i cierpienia".

W jednej chwili stałem się jak ta łódź wyrzucona na skalisty brzeg, w którą ciągle uderzają złowieszcze fale by dokończyć całkowitego dzieła zniszczenia. W jednym momencie lato stało mi się jesienią i zimą, a młodość ochrzczona została czarną barwą cierpienia.

Na brzegu był gwar i ogromne zamieszanie co w takiej chwili robić ze mną bo mój stan ciągle się pogarszał, więc brygadzista po krótkiej naradzie podjął decyzję aby odwieźć mnie do pobliskiego szpitala. Zrobiono mi okrutną krzywdę, gdyż włożono mnie do samochodu ciężarowego i położono na sianie i bez żadnego zabezpieczenia wieziono mnie po tych wertepach do szpitala. Wstrząsy i kołysania były okrutne, to był koszmar! Tym fatalnym transportem jeszcze mnie dobito, a przecież tak niewiele trzeba było by powiadomić było pogotowie ratunkowe, którego baza znajdowała się 1,5 km od miejsca zdarzenia. Wtedy nikt o tym nie myślał, wszyscy byli przerażeni i przestraszeni i w sposób jaki im przyszedł do głowy tak uczynili nie wiedząc, że w ten sposób skazują mnie na jeszcze większe kalectwo! W samochodzie błagałem przyjaciół by mocno trzymali mi głowę, ponieważ odczuwałem straszny ból, powieki niczym ołowiane zasłony spadały mi na oczy.

Przez siłę pragnąłem otworzyć je, ale byłem bezsilny. Cierpienie było bolesne i wzięły górę, przez moment odpłynąłem w nieznane. Była to najdłuższa podróż w moim życiu. W końcu dojechaliśmy do szpitala. Położono mnie na noszach i przyjaciele nosze położyli na długim, leżącym wózku i zawieźli mnie na izbę przyjęć. Po krótkim przebadaniu przez lekarza zawieziono mnie do rentgena by prześwietlić mój kręgosłup szyjny. Stwierdzono złamanie kręgosłupa szyjnego na poziomie C-4, C-5. Lekarze orzekli, że stan mojego zdrowia jest beznadziejny.

Wieczorem zjawili się u mnie Rodzice, gdyż powiadomiono ich o mojej tragedii dopiero wieczorem gdy wszyscy wracali z łąki już po pracy. Trudno jest to opisać co musiało się dziać w sercach Rodziców gdy usłyszeli o tragedii swojego syna.

Do góry

Moja historia - część 3

Byłem młodym, wysportowanym chłopakiem, nigdy na nic nie chorowałem, i tu nagle taka tragedia!!!

To był szok dla Rodziców!

My, zwykli śmiertelnicy w ogóle nie uświadamiamy sobie jak ogromnie cierpią rodzice gdy nieszczęście dosięgnie ich dziecka. W momencie tragedii cała ich uwaga skierowana jest na osobę poszkodowaną. W okrutnej chwili nie powinniśmy zapominać jaką oni wewnętrzną przechodzą tragedię, gdyż to oni dźwigają główny ciężar naszych utrapień. To do nich bezpośrednio lekarze kierują brutalne orzeczenia, takie jak: "syn wasz tylko trzy dni przeżyje i proszę przygotować się na jego śmierć!"

Co oni wtedy myślą i co przeżywają - tego nikt nie jest w stanie sobie uświadomić! To rodzice znajdują się na pierwszej linii frontu! Czynią wszystko co tylko w ich mocy jest możliwe by pociecha ich wyzdrowiała i to niezależnie ile miałaby lat?

Mimo, że nierzadko przelewają morze łez w swojej bezsilności, to jednak zawsze dzielnie trwają do końca zachowując pogodne usposobienie oraz czułe serce. Są oni naszymi lekarzami, dlatego powinniśmy mieć dla nich tak wielki szacunek. Trzy dni minęły od chwili mojej strasznej tragedii, a ja nadal żyję Przepowiednia lekarska nie sprawdziła się. Istnieje więc szansa, że będę żył! W szpitalu w Drezdenku przechodziłem ciężkie chwile, dusiłem się, ponieważ tak ogromne było uszkodzenie kręgosłupa, a z tym związany cały układ oddechowy.

Nastaje szósty dzień mojego pobytu w tym szpitalu, właśnie w tym dniu mam być przetransportowany samolotem do Kliniki Neurochirurgii w Poznaniu. Nadchodzi upragniona chwila odlotu, lekarze gipsują mnie całego, można żartobliwie powiedzieć, że wyglądam jak astronauta, tylko, że ja nie lecę w kosmos jedynie walczę o życie. Nawet przez myśl mi nigdy nie przeszło, że mogę kiedyś znaleźć się w takiej tragicznej sytuacji!. Zagipsowanego położyli mnie na nosze i włożyli do karetki i odjazd na lądowisko dla samolotów sanitarnych. Znów zobaczyłem piękne, błękitne niebo, drzewa zielone, i w sercu zrobiło mi się jakoś raźniej, odżyło wspomnienie radosnego lata. W końcu dojeżdżamy na lądowisko i czekamy na przylot samolotu.

Smutne jest to, że tam gdzie pojawi się nieszczęście, tragedia - zaraz pojawiają się ludzie, jedni przerażeni tragedią - współczujący, drudzy natomiast żądni sensacji, niczym sępy! Nie cierpię takich widoków. Zbyt długo nad tym się nie zastanawiałem, ponieważ było słychać warkot nadlatującego samolotu i tym samym poczułem ulgę, że za chwilkę skończy się to żałosne widowisko. Samolot wylądował, a mnie na noszach zagipsowanego załadowano do samolotu, wraz ze mną poleciał ojciec. Po krótkim kołowaniu błękitny "GAWRON" skierował się w kierunku Poznania i wystartował. Po chwili byliśmy już w górze. W zasadzie lot znosiłem dobrze - jedynie straszną mękę miałem ze strony pancerza gipsowego, gdyż w samolocie trochę się w gipsie zsunąłem i cały mój ciężar ciała zawisł na szczęce. Szczęka wbijała mi się w gips - ból straszny, a to dopiero połowa lotu, jak wytrzymać tę drugą połowę. By ulżyć mojej niedoli tato od czasu do czasu lekko podnosił skorupę mojego gipsowego pancerza, lecz była to tylko minimalna ulga, a ból coraz większy. Wreszcie dolecieliśmy do Poznania, pilot oznajmia, że będzie lądował - cóż za ulga, że ten lot dobiega końca.

Wiem, że ten lot tato mój zniósł bardzo źle. Po powrocie już z kliniki do domu poważnie odchorował ten lot. Samolot wylądował, do samolotu podjechała karetka - mnie z samolotu przenieśli do karetki i ruszamy w kierunku kliniki. Cóż za ulga gdy położyli mnie na łóżku i zdjęli ten potworny pancerz!. Po kilku dniach pobytu w klinice stan mojego zdrowia okropnie się pogorszył. Nagle wyskoczyła mi bardzo wysoka temperatura, więc profesorowie zrezygnowali z przeprowadzenia zabiegu operacyjnego twierdząc, że nie przeżyłbym tego zabiegu, więc zaczęto robić wszystko by zwalczyć tę wysoką temperaturę. Cierpiałem strasznie, temperatura mnie pożerała, a medycy nie wiedzieli skąd ona się wzięła i dlaczego tak długo trwa. Antybiotyki żadne mi ni pomagały, wciąż płonąłem jak palący się las, w końcu był ten żar mojego ciała trochę ugasić - moczono prześcieradło w zimnej wodzie i całego mnie nakrywano, - to przynosiło mi ulgę. Mimo cierpienia, wciąż byłem pogodny, uśmiechnięty, a do tego jeszcze żartowałem.

Było piękne, upalne lato. Za oknem żar lał się z nieba, a ze mnie wylewał się następny żar, gdyż w dalszym ciągu temperatura niesamowicie trawiła moje ciało.

Do góry

Moja historia - część 4

Profesorowie byli zaniepokojeni i zarazem bezradni w związku z moim przypadkiem, ponieważ nie mogli poradzić sobie z obniżeniem temperatury, więc prawdopodobnie skazali mnie na śmierć Zawezwali ojca i oznajmili mu, że źle jest ze mną, że muszę umrzeć! Nie powiedzieli, że stan jest ciężki i syn może umrzeć, lecz uważam z perspektywy lat, że profesorowie postąpili brutalnie - oświadczając, "że muszę umrzeć".

Drugi, straszny cios musieli pokonać. Co w takiej chwili czuł mój tato w swoim sercu? Nie wiem, i czy w ogóle jest to do wyobrażenia sobie?. Wiem, że na to pytanie mogą odpowiedzieć jedynie rodzice. Pierwszy taki cios otrzymali w Drezdenku gdy dyrektor szpitala oznajmił rodzicom, że nie przeżyję więcej jak trzy dni! Przeżyłem sześć i odleciałem do Kliniki w Poznaniu. Natomiast w Poznaniu profesorowie przedłużyli mi mój żywot do 21 - dni, lecz powiedzieli, że nie przeżyję tych 21 dni, a jeżeli tak to będzie cud! Te straszne dwa ciosy rodzice przeżyli, lecz okupili to swoim zdrowiem. Ja wbrew zapowiedziom profesorów, zrobiłem na złość, i żyję!

W Poznaniu przechodziłem nadludzkie cierpienia jakiego normalny, zdrowy człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić. Długotrwała, bardzo wysoka temperatura zrobiła swoje, strasznie schudłem, tylko skóra i kość, a na domiar tego pojawiły się odleżyny. Leżąc, znosiłem katusze, temperatura (dwa i pół miesiąca 40 o C), odleżyny, nieludzkie piekło, a miałem wtedy 15 lat! Byłem bardzo młody - jak wiosna budzą się z zimowego snu. Powinienem cieszyć się radosnym życiem, a tymczasem przechodziłem Gehennę. Dlaczego? Czyżby to była kara Boża? Niektórzy tak twierdzili! Ja jednak nigdy tak nie myślałem. (Dopiero po latach znalazłem odpowiedź na pytanie: Czy Bóg rzeczywiście nas karze?)

Było to dla mnie zbyt okrutne obciążenie, w pewnej chwili poddałem się, gdyż ból poprzeplatany cierpieniem - temperatura, odleżyny, całkowite sparaliżowanie całego ciała nadszarpnęły mocno moje siły. Zawsze byłem pozytywnie nastawiony do życia, a w tym wszystkim miałem ogromną wolę, że pokonam swoją tragedię! Wciąż wierzyłem, że na święta grudniowe (rok 1967) wyjdę już zdrowy do domu. Mijały dni, miesiące, a stan mojego zdrowia nie ulegał poprawie. Po kilku miesiącach od dnia mojej tragedii nareszcie coś zaczęło się u mnie dziać!

W obu rękach zauważono słabo pojawiające się ruchy, powoli zacząłem zginać prawą rękę w łokciu. Jednym słowem nastał dla mnie czas awansu, gdyż po kilku miesiącach po raz pierwszy wysadzono mnie na wózek. Była to wielka radość, że mogę już siedzieć na wózku. Pierwsze wsadzenie mnie na wózek po kilku miesięcznym leżeniu w korytach gipsowych odbyło się bez niespodzianki, natomiast już na drugi dzień, gdy mnie posadzono na wózek, zemdlałem. Zamiast radości, że mogę już siedzieć, następne dni, miesiące były dla mnie straszne, gdyż każdego dnia po wsadzeniu na wózek traciłem przytomność i tak było przez pół roku. Z biegiem czasu i te omdlenia ustały.

W odzyskiwaniu utraconego zdrowia powoli nastawał poranek, a w tym poranku bardzo duże światło wnieśli rodzice. Co tydzień odwiedzali mnie w klinice. Tylko ten to zrozumie, kto w takiej tragedii się znalazł i doceni jaką ogromną rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice. Oni są jak bastiony, jak potężne twierdze, które swą siłą podtrzymują tak kruchą budowlę. Oni są jak "woda w upalny dzień", która spragnionemu ciału daje orzeźwienie. Zawsze cierpliwi, uśmiechnięci, pełni rodzicielskiego, czułego serca i serdecznej troskliwości. Jak "żołnierze stojący na warcie" - zawsze czuli i gotowi w każdej chwili odeprzeć atak! Cóż zrobilibyśmy bez nich?

Ten "poranek" nie w pełni okazał się dla mnie szczęśliwy, ponieważ w dalszym ciągu byłem sparaliżowany i całkowicie uzależniony od innych. To było już inne życie... Każdego dnia byłem wsadzany na wózek i po śniadaniu zawożono mnie na salę rehabilitacyjną - tam magistrowie ćwiczyli mnie, a później ja sam wykonywałem pewne ćwiczenia, które już sam potrafiłem zrobić, w ten sposób wzmacniałem już te ruchy w rękach.

Do góry

Moja historia - część 5

Po kilkunastu miesiącach nareszcie zaczęły goić mi się odleżyny - więc radość coraz większa w sercu powstawała. Wysoka temperatura już tak mnie nie trawiła - powoli więc zacząłem odzyskiwać apetyt. A w takim przypadku apetyt jest bardzo ważny, więc zacząłem nabierać kolorków na twarzy i przybywać na wadze, zacząłem powoli wyglądać jak normalny człowiek!

W tym wszystkim co mnie spotkało "cierpienie i ból stały się moim przyjacielem", ponieważ w takim stanie całe ciało jest drętwe niczym "kłoda drewna". W dalszym ciągu leżałem w korytach gipsowych. Nie było to miłe - lecz taka była potrzeba chwili. Ta niewola trwała rok.

Z każdym dniem nabierałem coraz więcej sił, a życiu mojemu już prawdopodobnie nic nie zagrażało. Do normalności należało już siadanie na wózek i jeżdżenie po pokojach odwiedzać kolegów, również były miłe panie, które były po innych schorzeniach. Zawsze znalazł się ktoś kto zawiózł mnie na pogawędki do innych pokoi, były również bardzo "miłe chwile" spędzone w damskim towarzystwie, które choć na moment pozwalały zapomnieć o swojej tragedii. W Klinice Neurochirurgii przebywałem 18-miesięcy, a ten długi okres pobytu był istnym bojem o życie, z którego wyszedłem zwycięsko lecz z wielkimi okaleczeniami, wciąż będąc przykuty do łóżka i wózka. Nie chodziłem, a jeżeli robiłem to, to jedynie w myślach. Wiem jedno, to nie było już życie!

Ale płakać nie wypadało mimo, że widok był żałosny - bo cóż może zrobić się z człowieka przez jeden nieopatrzny krok? RUINA! Mimo to, "ruina" ta żyła, uśmiechała się i nadal żartowała, lecz często zaczęły nachodzić chwile zobojętnienia, coraz częściej pojawiały się chwile, że uciekałem od tej smutnej rzeczywistości oddając się marzeniom i nadal tak robię, gdyż z natury jestem romantykiem. Kocham piękno i uwielbiam je po dziś dzień. Uwielbiam kwiaty, zawsze stały w wazonie na moim szpitalnym stoliku. W tych tragicznych chwilach pięknem swym koiły mój ból, przypominały wiosenne pejzaże, również rozjaśniały szpitalną, ponurą salę. Kwiaty były i nadal mi są balsamem na wszystko!

W klinice wycierpiałem dużo bólu, aż naprawdę nie chce się wierzyć, że człowiek potrafi tyle wytrzymać. Mimo bólu i zniewolenia fizycznego to zawsze byłem pogodny, spokojnego ducha oraz pełen optymizmu na przyszłość. Swą silną wolą i pogodą ducha wzbudzałem podziw u lekarzy oraz pozostałego personelu za to, że tak dzielnie walczyłem ze swoją tragedią. O cierpieniu wiele się nauczyłem, pomogło mi to później również pomagać innym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji życiowej. Ważne jest to, by w tragedii okazywać również innym zrozumienie, życzliwość i dodawanie tak potrzebnej otuchy, ponieważ w każdej tragedii ludzkiej jest wiele bólu, lęku. Po prostu człowiek się boi gdy nagle znajdzie się w szpitalu z takim czy innym urazem. Boi się wszystkiego!

W tym smutnym przypadku zawsze widać w oczach strach i przerażenie przed trwałym kalectwem, śmiercią, utratą najbliższych. Już sama świadomość tego, że znalazł się w szpitalu, w sali szpitalnej i jest całkowicie sparaliżowany - przeraża człowieka śmiertelnie. A co dopiero gdy jest się bardzo młodym? Szczególnie w takiej chwili potrzebuje się dużo ciepła, serca ze strony najbliższych! Lecz nie zawsze tak bywało!

Patrząc na to ludzkie cierpienie, po prostu w głowie się nie mieści jak ludzie potrafią gnić żywcem, a w tym okrutnym cierpieniu zachowują wielki spokój, pogodę ducha, nierzadko uśmiech. Ból jaki znosili - to powinni wyć jak przysłowiowe psy i byliby usprawiedliwieni...

Do góry

Moja historia - część 6

Z godnością znosili straszną udrękę jaką zgotował im los - w ponurym, szpitalnym pokoju po cichu wyczerpani bólem błagali lekarzy by ratowali im życie albo przynieśli ulgę w okropnym bólu! CIERPIENIE! - można podzielić je na dwie grupy: Cierpienie związane z tragedią i wywołanym przez nie bólem fizycznym, i drugie cierpienie, cierpienie psychiczne.

To drugie cierpienie potrafi być okrutniejsze, może nawet pozbawić życia, gdyż na to cierpienie nie ma lekarstwa, gdyż jest to cierpienie duszy. W przypadku cierpienia fizycznego ból można złagodzić środkami farmaceutycznymi, a w przypadku tego drugiego cierpienia, bólu psychicznego niczym nie da się złagodzić, a kuracja przebiega znacznie dłużej, nierzadko pozostaje uraz do końca dni ..., a niekiedy kończy się śmiercią! Widziałem na własne oczy jak ból psychiczny zawładnął wieloma pacjentami w klinice, a w dużej mierze z tego powodu, że rodziny zapomniały o swoich najbliższych, którzy tam przebywali. A właśnie w tej szczególnej chwili więź z rodziną jest bardzo ważna.

Na swojej cierniowej drodze spotykałem różne ludzkie tragedie, które były straszne. Pacjent był już na tyle zdrowy by jakoś mógł sobie sam radzić w dalszym swoim życiu, lecz utrata najbliższych lub tęsknota za nimi była tak wielka, że powstawał nawrót choroby. Leżeli na łożach boleści, jak ja to po dziś dzień nazywam, bez życia, nic do nich nie docierało, oczy w sufit... Jak małe dzieci w koło powtarzali, że przyjedzie do nich ojciec, matka lub ktoś z rodzeństwa albo żona lub mąż i zabierze ich. Sami siebie po cichu pocieszali, smutne to było. A z rodziny i tak nikt się nie pojawiał, a jeżeli ktoś w końcu się zjawił, to tylko na chwilkę i zaraz uciekał tłumacząc to różnymi powodami. Jakież to było żałosne! Ci zdrowi byli gorszymi kalekami aniżeli ci na szpitalnym łożu.

A czy dzisiaj coś w tym kierunku się zmieniło, patrząc z perspektywy długich lat przebywania w tragedii? Wiem, że tego nie widzi się na co dzień, dla ogółu społeczeństwa jest to zasłonięte murem niewiedzy, obojętności, a nawet strachu. Życie w cierpieniu jest oddzielone murem nieczułości i zwykłej, szarej gonitwy - tylko za czym? Większość ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy jakie dramaty, tragedie ludzkie rozgrywają się za tym murem obojętności? A przecież tak niewiele potrzeba by okazać odrobinę ciepła, serdeczności, zrozumienia. Wszyscy jesteśmy mieszkańcami tej prześlicznej ziemi. Jest to nasz dom, a więc jesteśmy jedną, wielką ludzką rodziną! Ale ta rodzina jest skłócona, nieczuła, zimna i podzielona.

W tym wszystkim co mnie spotkało, to jedynie mogę powiedzieć, że należałem do tych szczęśliwych, bo zawsze miałem i należałem do prawdziwej rodziny, która pomagała mi znosić to okrutne jarzmo. Mama, ojciec oraz rodzeństwo zawsze byli przy mnie. Nie musiałem wyczekiwać na najbliższą rodzinę, jak to było w przypadku moich współtowarzyszy niedoli. Zawsze wspierali mnie ciepłym, rodzinnym sercem. W takiej chwili jest to wielkie bogactwo i tak bardzo potrzebne każdemu, i nie tylko w chorobie... Wiedziałem i widziałem ile serca, sił, silnej woli rodzice wkładali w chwili mojej tragedii. Mama czuła się bezsilna i obolała - nie mogąc pogodzić się z tym, co mnie spotkało i dlaczego właśnie ja, tak okrutnie muszę cierpieć? I dlaczego to właśnie ją, musiało to spotkać? Ach, te mamy! Zawsze pełne troski, poświęcenia! To im zawdzięczamy swoje zwycięstwa. To im powinniśmy na każdym kroku oddawać hołd i szacunek. Zawsze skromne, czułe i ciche, nie oczekujące nagrody.

Im stawałem się starszy - tym bardziej uświadamiałem sobie: w jakim okrutnym położeniu znajduję się. Coraz bardziej przerażało mnie to, że kalectwo moje jest trwałe i nie ma żadnej szansy na wyzdrowienie. Czy ktoś mógłby to sobie wyobrazić co wtedy czułem? Poczułem strach przed dalszym swoim życiem. Był to taki sam strach, lęk jak w chwili mojej tragedii - gdy wypłynąłem na powierzchnię wody twarzą zwrócony ku dnie. Był to przeraźliwy strach przed utonięciem, a tu przed beznadziejnym życiem. Byłem wciąż sparaliżowany, a myśl o całkowitym uzależnieniu się od osób drugich budziła we mnie grozę! Musiałem być karminy jak niemowlę, tak samo było z higieną osobistą, i z wieloma innymi sprawami. W przypadku uszkodzenia rdzenia kręgowego - człowiek staje się całkowicie niesprawny fizycznie i musi korzystać z pomocy osób drugich co kilka godzin trzeba zmieniać pozycję by nie dopuścić do powstania odleżyn. Miałem ich sporo, więc nie przyszło mi to łatwo pisać o sobie te wspomnienia, a tym bardziej, że gniłem żywcem!

Ale jak to bywa w życiu, nie zawsze wszystko układa się pomyślnie. Czasami do swego celu zmierzamy całkiem innymi ścieżkami - zataczają olbrzymie - życiowe koło. Tak było ze mną. Zamiast poddać się dalszemu leczeniu niespodziewanie znalazłem się w Domu Pomocy w Lubsku. Można to różnie tłumaczyć, lecz tego tematu nie pragnę poruszać bo w tamtym czasie nic więcej nie dało się zrobić w moim przypadku.

Gdy znalazłem się już tam, mój świat nagle runął. Wszystkie marzenia oraz pragnienia zostały pogrzebane. W tamtym czasie samo już słowo Dom Pomocy paraliżowało, a kto się tam już znalazł - to człowiek ten był już przegrany i nie ma już dla niego żadnej drogi powrotu. Jednym słowem - "przysłowiowy grób!" Miałem wtedy 19 lat! W takim miejscu czas nagle zatrzymuje się, ponieważ znajdują się tam ludzie, którzy przeżyli już swoje życie i czekają na ostatni przystanek swej ziemskiej wędrówki. Większość przebywających tam ludzi jest psychicznie ograniczona. Są sparaliżowani przez wylew krwi do mózgu, inni są znów trzymani w objęciach SM-u lub starości, jeszcze inni mają całkowitą amnezję. Jedyną radością dla nich było napełnienie żołądka, zapalenie papierosa lub wypicie kielicha, mogła nawet być tak zwana "kominówa". Sporo takich ludzi spotkałem na swojej drodze.

Ludzie tam po prostu wegetowali, a czas dla nich zatrzymał się. Wiele razy widziałem jak starzy ludzie wychodzili ze swego pokoju całkiem nadzy głośno wołając, że uciekła im krowa lub koń albo chcą iść do domu. Wychodząc z pokoju już do niego sami nie potrafili powrócić. Inni znów dostawali furii w swojej nieświadomości i trzeba było przywiązać ich paskami do łóżka. Był to żałosny widok! A ja bardzo młody wśród nich, dzieliła nas ogromna różnica wieku. Człowiek młody, fizycznie sprawny gdyby choć przez krótki czas przebywał tam gdzie ja przebywałem, wierzę, że długo by nie wytrzymał, ponieważ sam widok tego miejsca napawał lękiem i trwogą.

Do góry

Moja historia - część 7

Gdy rzuciło się wzrokiem na pierwszą lepszą salę, widziało się ludzi starych - przykutych do łóżek, którzy nawet nie wiedzieli, że żyją. Leżeli całymi dniami, miesiącami w jednej pozycji, prosto, na wznak - niczym żołnierze stojący na warcie tylko, że ci są już powaleni przez starość, choroby oraz samotność. Twarzy pełne były bruzd jak świeżo zaorane pole.

Oczy wpadnięte, zamglone, które smętnie wpatrują się w sufit jakby tam znajdowało się ich wybawienie. Lecz to tylko złuda! Dłonie suche, wyschnięte i kościste, w których nie ma już czucia... Są jak drewno, z którego wyparowało życie! A jeszcze nie tak dawno byli młodzi, sprawi - pełni życia. Na pewno też kochali i sami byli kochani. Pracowali w fabrykach, orali i siali zboże, podziwiali też piękno przyrody.

Rodziny też mieli, wydawali na świat dzieci -- wychowując je troszczyli się o nie. WIĘC DLACZEGO SPOTYKA ICH TAK ŻAŁOSNY KONIEC? CZY TAK WYGLĄDAĆ MA NASZE ŻYCIE? Jeżeli tak to nasze życie ma wyglądać za kilka lat - to już dzisiaj pomyślmy o tym by miało ono jakiś sens, ponieważ jutro może być za późno, a wokół nas nie będzie nikogo! Będziemy jak ci starzy ludzie - niczym porzucone stare wraki na brzegu morza. SAMOTNOŚĆ - niczym rdza pokryje nasze oblicze, a w sercu porobi wielkie dziury. Nawet ci, którzy nas teraz kochają, jutro zapomną o nas, ponieważ burzliwe życie jakie obecnie wiodą, - jest jak sztormowa fala, która wyrzuciła ich - hen daleko na "niby" lepsze, złudne życie! Pędząc na oślep za wszystkim co tylko oferuje dzisiejszy świat poprzebijali się wieloma boleściami. Czy mają choć chwilę pomyśle o sobie, o swoich najbliższych?

A przecież o tym już przed tysiącami lat pisał król Salomon, który tak napisał, "że wszystko to marność i gonitwa za wiatrem". A my trudzimy się i zbieramy - lecz nie wiemy kto to jutro zabierze... W Domu tym spotkałem kilku miłych ludzi. Byli pracownikami tego Domu mimo, że miejsce to już nie napawało radością to jednak ze strony personelu doznawaliśmy wiele ciepła, pomocnej dłoni. Na oddziale pracowało wiele młodych dziewczyn, one były tym miłym, ciepłym światłem, które rozświetlało mrok cierpienia, samotności. Swoją młodością, uśmiechem wlewały w nasze serca odrobinę świeżego powietrza. To znaczyło dużo, gdyż widok młodej osoby był dla nas ludzi leżących wielką radością, a z biegiem czasu ten ponury widok już tak nie przerażał. Wspaniałe dziewczyny często robiły nam zakupy, pisały listy, siedziały z nami i swymi żartami umilały nam życie.

Bez nich naprawdę byłoby tam bardzo smutno, nudno, to one były powiewem tego świeżego powietrza. To one też nas myły, karmiły, odwracały na bok i co najważniejsze - robiły to z radością! Nie okazywały niechęci. To im należą się ogromne słowa podziękowania, szacunek za ich gorące serca, cierpliwość i oddanie się sprawie. Owszem, były tam też takie osoby, które pomyliły się z zawodem i stały się naszym utrapieniem. Mieszkańców mieli za nic, byli chamscy, wulgarni i taką mową posługiwali się.

Dyrektor rzadko pokazywał się na oddziale . W tym Domu zbytnio nic się nie działo, od czasu do czasu przyjechało kino, nieraz miały też występ zespoły młodzieżowe. Przez półtora roku pobytu w tym Domu ani razu nie siedziałem na wózku, a o wyjeździe na dwór nie było nawet co marzyć, ponieważ przebywałem na piętrze - a nie było tam windy. Był to smutny Dom. Mimo tak młodego wieku prędko dojrzewałem i uczyłem się żyć krocząc wyboistymi ścieżkami. Widziałem to czego bardzo młody człowiek nie powinien oglądać. Lecz ja nie tylko to oglądałem lecz w tym uczestniczyłem... Doszedłem więc do wniosku, że warto podzielić się moimi przeżyciami z innymi by dać im trochę do myślenia aby zwolnili swoje życiowe tempo, ponieważ nadmierna prędkość prowadzi do wypadku.

Gdy już stanie się nieszczęście i tragedia obejmie nas swymi ramionami wtedy otwierają się nam wszystkim oczy - następuje lament i płacz, ubolewanie nad sobą jakie to wielkie nieszczęście dotknęło nas! A przecież wystarczyłoby zwolnić tylko prędkość i spojrzeć wokół siebie, a jazda stałaby się bezpieczniejsza.

Warto w tym biegu czasami się zatrzymać i rozejrzeć się ile piękna nas otacza, i tym pięknem rozkoszować się radując swoje serca. Gdy tragedia nas już spotka wtedy smutno i przykro oglądać jest tunele ciemności i cierpienia w białych pseudo komnatach szpitalnego krajobrazu. Lecz to jeszcze nie koniec mojej wędrówki przez młodość i cierpienie!

Do góry

Moja historia - część 8

Po półtora-rocznym pobycie w Domu Pomocy Społecznej tuż niedaleko zachodniej granicy Rodzice wystarali mi się o miejsce w Domu Pomocy bliżej swego miejsca zamieszkania. Czyli znów odżyły nadzieje, że jeszcze nie wszystko jest stracone. W sercu zaświtała maleńka radość, gdyż znów powracam w rodzinne strony. Jednym słowem będę blisko domu. Będzie częsty kontakt z Rodzicami... Pod koniec stycznia 1973 roku samolotem przetransportowano mnie do Domu Pomocy w Wieleniu nad Notecią. Lot był przyjemny, a widoki niesamowite, gdyż była zima i śnieg swym białym płaszczem pola, łąki, lasy -,wszystko na biało. W końcu do Roska koło Czarnkowa - tam samolot wylądował i już karetką dowieziono mnie do nowego miejsca zamieszkania.

Lecz widok tego Domu przeraził mnie, wygląd tego Domu był straszny. Karetka podjechała pod jeden z pawilonów, w którym miałem zamieszkać - sanitariusze na noszach przynieśli mnie na oddział i położyli na korytarzu. Widok tego oddziału był okropny i wyglądał tak jakby tędy niedawno przetoczył się front! W tym Domu były s. zakonne lecz Dyrekcja Domu była świecka. Nagle na myśl nasunęły mi się słowa piosenki Anny Jantar, że zawsze bywa "najtrudniejszy krok". Tak było ze mną. Po kilkunastu minutach leżeniu na korytarzu w końcu zaniesiono mnie do małego pokoju i położono na łóżku, była to dla mnie wielka ulga, ponieważ byłem już zmęczony i przemarznięty. W pokoju tym mieszkały już cztery osoby - ja byłem piąty. Trochę było ciasno, ale byłem nastawiony z tą nadzieją, że jutro będzie już znacznie lepiej. W tym nowym miejscu zaklimatyzowanie moje przebiegało nawet mile, ponieważ spotkałem tam wspaniałego człowieka. Pan ten nazywał się J. Tracz, był emerytowanym pułkownikiem i profesorem. W czasie wojny jego losy też były poplątane jak zresztą milionów ludzi, których wojna bezpośrednio dotknęła. Pan płk służył w armii Andersa, a po wojnie zamieszkał w Anglii i tam pracował jako wykładowca na jednej z angielskich uczelni. Ten wspaniały człowiek miał dar do opowiadania niesamowitych historii wojennych więc z wielką uwagą słuchałem go. W 1941 roku został deportowany przez władze radzieckie na Syberię. Rodzice jego również stracili cały swój majątek. Na Syberii przechodzili różne prześladowania, aż do czasu gdy w ZSRR wyszedł dekret o utworzeniu Polskiej Armii. Oczywiście wstąpił do Polskiego Wojska, i z tą armią wymaszerowali na Bliski Wschód. Tam brał udział w obronie Tobruku, następnie przez Aleksandrię powrócili do Anglii. A swój szlak bojowy zakończył na Monte Cassino.

Po wojnie jak już wspomniałem zamieszkał w Anglii. Potem studiował przez jakiś czas we Włoszech, następnie powrócił do Anglii, z Anglii do USA - tam otrzymał honorowe obywatelstwo Stanów Zjednoczonych. Powrót do Anglii i praca na uniwersytecie jako wykładowca języka angielskiego. Również po wojnie w Anglii zapoznał piękną Polkę i ożenił się.

Po śmierci żony, a było to małżeństwo bezdzietne, w roku 1970 powrócił do Polski, do swojego siostrzeńca, który mieszkał w Zielonej Górze. Z zawodu był stomatologiem. Gdy stan jego zdrowia pogarszał się, Pan Józef sam wyraził zgodę na zamieszkanie w Domu Pomocy. Zastanawia mnie tylko jedno: dlaczego tak daleko od Zielonej Góry, jest wiele Domów Pomocy w pobliżu Zielonej Góry - np. w Lubsku. Z całą powagą mogę powiedzieć, że ten wspaniały człowiek był "żywą historią" od którego wiele się nauczyłem. Dopóki zdrowie miał jako takie starał się dużo pracować. Tłumaczył jakieś ważne pisma z angielskiego na polski. Poza tym prowadził ożywioną korespondencję z bliskimi w Anglii, sam również otrzymywał dużo listów i paczek z Anglii.

Ktoś powiedziałby: Gdzie taki człowiek w takim miejscu? A jednak nie wiemy gdzie jutro się znajdziemy. Planujemy o piękną przyszłość, a jutro ukazuje nam czasami coś przeciwnego.. Stan jego zdrowia zaczął się prędko pogarszać - więc smutki i ból zaczął topić w alkoholu. Z dnia na dzień pił go coraz więcej. W tym wszystkim zaczął nienawidzić wszystkich i wszystkiego. Również do zakonnic czuł awersję. Miał swoje powody.

Był wspaniałym człowiekiem, objeździł świat, a w tak marnym miejscu zakończył swoje życie... Niczym Norwid! Jest to niesprawiedliwe! W tym Domu z dnia na dzień żyło mi się coraz lepiej, to dlatego, że poznałem s. zakonną, która okazała mi wiele serca, i to serca kobiecego, czułego i delikatnego... Była dla mnie "kimś" więcej aniżeli tylko s. zakonną. Między nami była wspaniała przyjaźń, która długo trwała. Siostra A. po roku mojego pobytu na tym oddziale została przeniesiona na inny oddział, ponieważ złośliwość ludzka nie zna granic nawet wśród zakonnic! Był to dla mnie cios, że zabierają ją z tego oddziału, ale mimo wszystko widywałem się z nią.

Do góry

Moja historia - część 9

Dzisiaj ta wspaniała osoba mieszka w Słupsku, gdyż po 16-latach pobytu w zakonie wystąpiła z niego. Doznała wiele bólu i goryczy ze strony swoich zakonnych współtowarzyszek. Poza tą siostrą poznałem jeszcze wiele innych, wspaniałych ludzi, którzy tam pracowali. Wspomniałem już wcześniej, że będąc już bliżej domu rodzinnego ten kontakt się ożywi i dla mnie nastaną radośniejsze dni otóż tak się stało, gdyż często jeździłem do Rodziców na urlopy, a poza tym Rodzice i rodzeństwo co niedzielę odwiedzali mnie w Wieleniu. Zaświeciło dla mnie na nowo słonko, gdyż coraz częściej zacząłem wyjeżdżać na leczenie. Byłem w różnych Klinikach, Centrach Rehabilitacji - Konstancin i Repty Śl.

Nie chciałem upodabniać się do tych starych ludzi, dlatego postanowiłem walczyć o trochę lepsze jutro. Pierwsze co uczyniłem to pokonałem swoje kompleksy, a było ich mnóstwo. Z przyjacielem po raz pierwszy - od dnia swojej tragedii wyjechałem na wózku do miasta. Było to niezwykle silne przeżycie, ponieważ bałem się samego siebie, mówiąc inaczej, bałem się swojej ułomności, a z drugiej strony reakcji ludzi. Lecz w końcu jakoś to pokonałem.

Później zacząłem uczyć się pisania na maszynie. Nauka szła mi opornie, ponieważ dłonie miałem wciąż porażone, a w klawiaturę trzeba było jakoś uderzyć. Maszynę do pisania wystarali mi się Rodzice, ojciec dorobił mi specjalną łuskę ortopedyczną, którą zakładałem na prawą dłoń i jednym palcem zacząłem pukając w klawiaturę pisać na maszynie. Na początku nie wyglądało to zachęcająco, lecz z biegiem czasu nabrałem takiej wprawy, że pisanie było mi radością toteż pisałem mnóstwo listów, za pomocą maszyny do pisania nawiązywałem nowe znajomości. Maszyna do pisania stała mi się przyjacielem, a, że lubiłem pisać to wszystko co było ważne przelewałem na papier. Dla mnie to była wielka satysfakcja, że to ja sam piszę i nikt nie musi mi pomagać ani mi pisać.

Nawiązałem sporo kontaktów z lekarzami, profesorami - więc sam załatwiałem sobie wyjazdy do Klinik, sanatoriów. Dużą pomocą zawsze służyli mi już nieżyjący prof. Weiss i p. dr Dworakowska z Warszawy. Bardzo w mojej niedoli pomagała mi cudowna i kochana p. prof. K. Milanowska z Poznania.

Objeździłem i oblatałem samolotami Polskę w poszukiwaniu utraconego przed laty zdrowia, lecz już go nie odzyskałem! Czy miałem się poddać? Z natury jestem upartym człowiekiem uparcie dążącym do celu, więc dużo się uczę, dużo czytam interesujących mnie książek. Uwielbiam poezję, a szczególnie wiersze Asnyka i Leśmiania. Również sam popróbowałem swoich sił w pisaniu wierszy. Pomagałem i pomagam też innym, sprawnym fizycznie ludziom, piszę im podania, dzwonię do różnych urzędów by w miarę swych możliwości pomogli tym ludziom znajdujących się trudnej sytuacji życiowej.

W Domu tym widziałem również wiele ludzkiej tragedii i okropnego traktowania ludzi starych ze strony tych, którzy rzekomo oddali się na służbę Bogu i bliźniemu. Sam na własnej skórze doznałem wiele cięgów, gdybym zebrał to wszystko w całość i opisał byłaby niesamowita książka. Może kiedyś to uczynię!

Mimo czarnych chmur, które tam często nawiedzały ten Dom to jednak były też miłe chwilom, a to dzięki tym wspaniałym ludziom. Dlaczego byli tak wspaniali? Otóż dlatego, że oddali mi swoje własne serca, a co najważniejsze w ogóle nie traktowali mnie jako kalekę. Nie patrzyli na moją ułomność, ale na wartość i osobowość jaką posiadałem. To wiele znaczy dla człowieka tak tragicznie doświadczonego przez los. Najprędzej przyjaźnie zawiązywały się na oddziale wśród p. salowych, ponieważ to one były tymi pracownikami pierwszego kontaktu z nami, z ludźmi poszkodowanymi przez los. Te właśnie panie myły nas, odwracały, ubierały i karmiły, robiły opatrunki, były z nami najbliżej! Toteż z nimi rozmawiało się o wszystkim, żartowało, na nie czekało się gdy były na wolnym lub na urlopie. Te panie były nam podporą we wszystkim bo pielęgnowały nas, robiły zakupy, zabierały nas do swoich domów. Tak właśnie było w moim przypadku. To w dużej mierze TEN ogromny szacunek należy się tym paniom w Domu tym. Mimo, że od 7 lat w tym DPS-ie w Wieleniu nie przebywam już - to w dalszym ciągu przyjaźnie te sa utrzymywane, a to jest piękne!

Do góry

Moja historia - część 10

Nie wszystkie osoby, które tam pracowały odnosiły się mile do mieszkańców, były też takie, że potrafiły też uderzyć, i nie były to wcale rzadkie przypadki. Były też takie, które piły w pracy, wtedy to już był cyrk. Na wszystkich oddziałach jako pielęgniarki były s. zakonne, niektóre były miłe, uczynne, natomiast inne były takie, że bez bata nie podchodź. Z całą powagą mogę powiedzieć, że tam gdzie są s. zakonne to panuje miłość i okazywane jest miłosierdzie. Jeżeli ktoś tak myśli to jest w wielkim w błędzie.

A jeżeli malowany jest obraz miłości i miłosierdzia przez s. zakonne, to ten obraz jest tak malowany jak to s. zakonne widzą po swojemu, nie znoszą sprzeciwu, więc obraz ten jest złudny i obłudny. Były siostry, które nic sobie nie robiły z ludzi starych, potrafiły nawet uderzyć, okrutnie odurzać lekami. W moim pokoju leżał fajny gościu, nazywał się F. Kubisiak. Często pomagał wsadzać z wózka do łóżka. Ten pan miał zanik pamięci to s. zakonne często karmiły go lekami, że po kolacji p. salowe tego pana musiały jak przysłowiową kłodę drewna zaciągnąć do łóżka, ponieważ nie był w stanie o własnych siłach dojść do łóżka. Jest to smutne lecz prawdziwe. Czasami w tym Domu było ciężko i to ze strony s. zakonnych, aż doszło do tego, że w roku 1990 byłem u Prokuratora Wojewódzkiego w Pile. Przyjaciel zawiózł mnie samochodem.

Mógłbym jeszcze wiele podać okrutnych przypadków, ale i tak nie uwierzono by mi. No bo jak to można wierzyć kalekiemu człowiekowi? Dużo zawdzięczam byłemu Panu Dyrektorowi B. Namerle, bo gdyby nie ten wspaniały człowiek, którego szanowałem jak ojca. Gdyby nie on to już dawno wyniósłbym się z tego Domu, bo dopóki tym Domem zarządzał właśnie p. Dyr. Namerło w tym Domu w miarę dobrze się żyło mimo, że te wszystkie rzeczy działy się już wtedy. Po dojściu p. Wałęsy do władzy, s. zakonne odebrały swoją posiadłość na własność, gdyż Państwo ją dzierżawiło. W tedy prędko usunęły p. Dyrektora na emeryturę i wzięły się również za mnie. W Domu tym byłem bardzo długo, również często wyjeżdżałem z Domu tego do różnych sanatoriów, klinik.

Wspominając mój pobyt w tamtym Domu nie mogę pominąć też miłych chwil, ponieważ było ich dużo, o tym już wspominałem. W Domu tym i na jego terenie robiono różnego rodzaju zabawy z konkursami dla mieszkańców, robiono dla mieszkańców koncerty życzeń i dla pracowników również. Zapraszano zespoły młodzieżowe i ludowe, które swymi występami umilały czas i życie mieszkańcom. Przyjeżdżało również kino. Kilkakrotnie Panu Dyrektorowi robiono wspaniały prezent - na terenie Domu w pięknym parku zorganizowano koncert życzeń. Życzenia szefowi Domu składali mieszkańcy, pracownicy oraz mieszkańcy z miasteczka. Były to naprawdę miłe chwile i wszyscy wspaniale się bawili.

Z incjatywy p. Dyrektora w Domu tym powstał chór do którego należeli pracownicy tego Domu. Zespół ten występował przy różnych okazjach, święta państwowe, święta kościelne. Zespół wyjeżdżał na różne festiwale, śpiewał mieszkańcom również na oddziałach. W roku mojego przybycia do tego Domu późnym latem na terenie tego Domu odbyły się dożynki. Całe miasto brało udział, było wiele wspaniałych zespołów ludowych z Szamotuł, Pniew. A wieczorem rozpoczęła się dożynkowa zabawa, która do 3-ciej w nocy. Mieszkańcy często wyjeżdżali na wycieczki. W Domu tym odbywało się też życie duchowe, czasami aż do przesady, ponieważ z mieszkańców chciano zrobić zakonników. Szukałem prawdziwego Boga ale nie chciałem go wyznawać w taki sposób w jaki to zakonnice i kapelan przedstawiali Boga. Miałem ogromne wątpliwości czy w sposób właściwy czczą tego Boga i zwracają się do niego. Dlatego z wieloma sprawami nie mogłem się pogodzić dlatego zrobiłem sceptyczny na zawiłe doktryny kościelne, a księża wcale nie chcieli ich wytłumaczyć.

A dlaczego było przesadne to duchowe życie? Otóż rano i wieczorem każdego dnia włączano głośniki w pokojach i trzeba było słuchać nabożeństw z kaplicy, robiono msze na oddziałach, święta kościelne. To mogło czasami zaszkodzić, gdyż na takich mszach straszono ludzi piekłem i głośno krytykowano jakim to złem jest komunizm. Uważam, że w takim miejscu i takim ludziom w ogóle nie jest to potrzebne, gdyż oni już przeżyli swoje życie i teraz u schyłku swoich dni pragną czegoś innego. Pragną odrobinę ciepła, serdeczności, okazania im serca. A nie otrzymywali tego wiele, otrzymali chłód i niechęć. WIĘC CO TU MÓWIĆ O MIŁOŚCI BLIŹNIEGO? Tak! - dużo mówiono o miłości, o przebaczaniu, ale tylko mówiono, lecz czyniono co innego. Czy dzisiaj roku 1998-2000 ten rząd o podłożu klerykalnym nie robi tego samego?

W Domu tym człowiek leżący miał najgorzej, gdyż całkowicie zależny był od osób drugich. W dużej mierze gardzi się takim człowiekiem, ponieważ człowiek leżący jest utrapieniem dla personelu bo wymaga stałej opieki, a to wymaga poświęcenia mu więcej czasu by pomóc. Trzeba go nakarmić, umyć, odwrócić, ubrać i na wózek wysadzić - jest trochę pracy, a niektóre panie wolałyby posiedzieć i poplotkować o wszystkim i o wszystkich - tylko nie o sobie, a przy tym kawka, papieros!

Do góry

Moja historia - część 11

Chciałbym aby ci, którzy w to nie wierzą - odważyli się i przyszli zobaczyć jak w tamtych Domach podchodzono do takich ludzi, i jak w tym Domu podchodzi się do ludzi leżąćych? Człowiek leżący traktowany jest jak przedmiot, a nie jak podmiot. Takiego człowieka uważa się za ułomnego psychicznie. Proszę mi wierzyć, ale naprawdę ciężko jest bronić swoich racji, poglądów gdy jest się przykutym do łóżka. Ci, którzy koło nas pracują uważają się za wszechwiedzących, a my jesteśmy tylko dla nich bezwartościową górą mięsa, która w niczym nie ma racji.

My jesteśmy normalnymi ludźmi lecz jedynie bardziej poszkodowanymi przez los. My też mamy swój pogląd na różne sprawy. Mamy też własne odczucia. Mamy takie samo prawo jak każdy inny człowiek do normalnego życia. Smutne jest to, że to my - ludzie kalecy o tym wiemy, ale nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć o tym ci, którzy są sprawni fizycznie, bo w przeciwnym razie musieliby zdobyć się na szczery wysiłek i okazać serce oraz zrozumienie na co dzień!

Proszę mi powiedzieć kto dzisiaj chciałby przyznać się do własnych słabości, do swoich wad? Otóż mało jest takich ludzi. W dzisiejszym zwariowanym świecie dla słabeuszy nie ma miejsca. Każdy pragnie uchodzić za herosa, twardziela, człowieka stanowczego, który umie sobie radzić w każdej sytuacji! Smutna jest dla nas ta rzeczywistość, ale nie traktuje się nas poważnie. To boli! To bardzo boli!

W poprzednim Domu, w którym przebywałem było zbyt mało kontroli z Wojewódzkiego Zespołu Pomocy Społecznej w Pile, po prostu byliśmy odcięci od świata, a to dlatego, że Dom ten należał pod Zrzeszenie katolików "Caritas" - więc władze wojewódzkie w Pile nie miały ustawowego nadzoru nad tego typu Domami.. To było złe, ponieważ mieszkańcy tego Domu byli pozbawieni możliwości obrony swoich praw. Często przyjeżdżały różne delegacje w tym i kościelne, dumnie przechadzali się po oddziale, otwierali drzwi od pokoi - popatrzyli na nas jak na zwierzęta w klatce - i ani bee i ani mee! Chwilowa rozmmowa z personelem - w końcu zabrali się i odeszli. Proszę choć przez chwilę wyobrazić siebie na naszym miejscu? Miłe to jest - prawda!? W Domach Pomocy wiele osób pracuje z przymusu, a nie z czystego, szczerego serca. Pracują, ponieważ nigdzie nie dostali pracy, a tam była praca i przyjmowano takie osoby, ale nie wychodziło to nikomu na dobre. Osoby z przypadku mają za nic ludzi starych, niepełnosprawnych i odnoszą się do nich opryskliwie, a przy tym stwarzają wrogą atmosferę na oddziale. Mimo, że dyrekcja domu nierzadko o tym wiedziała to jednak nic nie robiła by polepszyć sytuację.

Uważam, że osoby pracujące z musu powinny opuścić oddział i szukać sobie innej pracy, ponieważ dosyć, że same się obijają to jeszcze uprzykrzają pracę tym, którzy naprawdę chcą pracować. Pracowników, którzy lubią swoją pracę i podchodzą do niej z sercem - takich powinno się doceniać i nagradzać, a nie ganić. Lecz życie ukazuje co innego, faworyzowani są obiboki, lizusy, itd. Lecz my jesteśmy bardzo wdzięczni tym wspaniałym Istotom, ponieważ to one rozjaśniały i rozweselały nasze czarne dni mimo, że same miały swoje problemy. Robiły to z radością.

Wadą Domów Pomocy było zbytnie rozbudowanie administracji. Pracowników umysłowych była armia, a na oddziałach tam gdzie ich potrzeba było, tam zawsze ich brakowało. To odbijało się na opiece mieszkańców. Dyrekcje tych Domów zawsze tłumaczyły, że jest ograniczona liczba etatów odnośnie przyjęć do pracy na oddziałach, więc ci co już pracowali robili za dwóch, a to nie sprzyjało dobremu klimatowi. Dlatego często powstawały sytuacje wariackie i nerwowe, ponieważ obsada na danym dyżurze była zbyt mała. Sytuacja taka nie sprzyjała ani nie sprzyja mieszkańcom - ani personelowi, gdyż wykonywanie czynności nerwowo i w pośpiechu wprowadza mieszkańca w stres, a my tego nie potrzebujemy, gdyż mamy własnych udręk pod dostatkiem! Możemy więc wiele powiedzieć jak ta praca jest wykonywana. By sytuację uzdrowić i przywrócić do normalności należałby więc zredukować do minimum administrację, a powiększyć obsadę na oddziałach wtedy opieka nad ludźmi potrzebującymi byłaby właściwa i ludzka.

Gdy wchodzi się na oddział na pierwszy oka wydawałoby się, że mieszkańcom okazywane jest serce, troskliwość - lecz to jest tylko fantasmagoria. To jest tylko na pokaz, obłudne, gdyż nic nie kosztuje. Jak już wspomniałem, gdy bronimy swoich spraw, to jesteśmy lekceważeni. Dyrekcja Domu nie traktuje nas poważnie, uważa nas za ludzi ograniczonych nie tylko fizycznie ale i ... . Uważają, że mają monopol wiedzy na wszystko. Jest to dla nas niesprawiedliwe i bolesne! Ale taki jest ten świat gdzie znieczulica stała się godłem...

Do góry

Moja historia - część 12

Lecz w tym świecie trzeba żyć i nadal zmagać się z tym okrutnym losem. By mieć sens z tego życia postanowiłem więc usamodzielnić się. Aby tego dokonać poczyniłem starania o zakup wózka inwalidzkiego o napędzie elektrycznym ze sterowaniem elektronicznym. Sprzęt taki był bardzo drogi i można było go dostać jedynie na Zachodzie Europy. w W 1980 roku taki wózek droższy był od malucha! Po czterech latach starania wózek taki otrzymałem. Ale musiałem się nim nauczyć jeździć. Nauka była trudna, ponieważ sam musiałem trzymać dźwignię którą się kierowało, a co było najgorsze to to, że ręce w dużej mierze miałem niewładne. Lecz po uporczywej nauce pokonałem lęk i uwierzyłem w swoje możliwości.

To dopiero była frajda, że w takim stanie mogłem jeździć sam. Tego co czułem nie da się opisać! Jeździłem już sam i to nie tylko po terenie Domu Pomocy, ale wyjeżdżałem do miasta. Zawsze jechałem poboczem jezdni, a koło mnie pędziły samochody. Było to niebezpieczne i ryzykowne, ponieważ mogłaby się przydarzyć jakaś tragedia. Ale to było silniejsze ode mnie, ponieważ to ja sam - bez niczyjej pomocy jechałem - i to ulicą wśród pędzących samochodów. Było to i w dalszym ciągu jest czymś wspaniałym!

Często siadałem na wózek, prawie każdego dnia i wyjeżdżałem do miasta po zakupy sobie oraz innym. Jeździłem do znajomych. Każdy taki wyjazd wymagał odwagi, ponieważ całkowicie byłem zależny od sprawności sprzętu. A pierwszy wózek był polski i do tego często mi się psuł. Więc gdyby nastąpiła awaria wózka to wtedy stałbym jak jakiś głaz czekając aż nadejdzie pomoc. A gdybym był w lesie i coś takiego się stało - wtedy byłaby to już tragedia! Z natury byłem odważny, ale wtedy o złym się nie myślało, ponieważ radość z częściowej samodzielności przewyższała strach! Ten wspaniały wózek był dla mnie wolnością, ponieważ mogłem pojechać do lasu i po oddychać świeżym powietrzem. Uwielbiam las i piękne kwiaty, śpiew ptaków. Do lasu jeździłem z kimś mi b. drogim. Piękny, słoneczny dzień, a nad głową błękitne niebo i ktoś mi bliski, naprawdę czułem się wspaniale. Przez chwilę zapominałem, że jestem kaleką. To było miłe uczucie! Mając dobry sprzęt mogłem śmiało poruszać się po mieście wiedząc, że żadna niespodzianka mnie nie spotka, i tak powoli wrastałem w społeczeństwo tego miasteczka.

W roku 1988 z Niemiec otrzymałem drugi, wspaniały wózek. Wózek był niemiecki firmy MEYRA, a przede wszystkim bardzo bezpieczny. Na tamte czasy był to sprzęt okrutnie drogi, ale dzięki Najwyższemu udało mi się go załatwić. Jest takie biblijne powiedzenie, a tą dewizą kieruję się w życiu, a brzmi ona tak: "Kto szuka, ten znajduje. Kto kołacze, temu otwierają, a kto prosi - ten otrzymuje".

Do Domu Pomocy w Wieleniu n. Notecią przyjechałem w roku 1973, Dom ten wyglądał kiepsko, a warunki do życia były trudne. Już częściowo o tym wspominałem. A co było najsmutniejsze to, to, że Dom ten w ogóle nie był przystosowany dla ludzi niepełnosprawnych. Ażeby wyjechać na dwór, pracownicy z placu przychodzili i z wózkiem po schodach znosili mnie na dwór, tak samo było z wjazdem na oddział. Po długich interwencjach u pana Dyrektora zjazd trochę zmodernizowano, ponieważ zrobiono dwie deski i położono na schody i po tych deskach zwożono mnie. Dwukrotnie zleciałem z wózkiem z tych desek. Raz było tragicznie bo z wózkiem wleciałem na grzejniki i mocno uderzyłem głową w kant grzejnika także rozciąłem sobie porządnie skórę na głowie. Z biegiem czasu coraz więcej na oddział przywożono ludzi młodych, starszych lecz poruszających się na wózkach więc coraz mocniej naciskaliśmy na Dyrekcję Domu by zrobili nam prawdziwy wyjazd byśmy mogli swobodnie, a przede wszystkim bezpiecznie wyjeżdżać na dwór. Walka nasza trwała długie lata aż w końcu zakończyła się sukcesem. Zrobiono ładny taras - a z tego tarasu również zrobiono zjazd. Była to wielka radość, ponieważ nie czuliśmy się już takimi uwięzionymi niewolnikami przez bariery architektoniczne.

W pierwszym Domu w Lubsku w ogóle nie było żadnego zjazdu dla ludzi poruszających się na wózkach. Była to prawdziwa niewola. Natomiast DPS "Caritas" największy Dom w Polsce zaczął się rozbudowywać, remonty starych pawilonów i przystosowywanie ich do potrzeb ludzi kalekich trwały długie lata.

W roku 1989 w naszym kraju na arenie politycznej zaczęło się wiele dziać, w tym również zmienił się ustrój. Polityka również dotknęła ten Dom. Jak już poprzednio nadmieniłem zakonnice odebrały swoją własność, gdyż Dom ten był przez długie lata w gestii władz świeckich. Z chwilą wejścia ustawy o odzyskaniu swojej własności s. zakonne odebrały to co uważały za swoją własność.

A Dyrektora świeckiego wysłały na wcześniejszą emeryturę, władzę nad tym Domem s. zakonnice wzięły w swoje ręce. Warunki życia w Domu okropnie się pogorszyły.

Dom ten z każdym dniem stawał się twierdzą, do której trudno było wejść. Na oddziałach niepodzielnie rządziły już s. zakonnice. Mogę tylko powiedzieć, że życie stało się tam koszmarem.

Do góry

Moja historia - część 13

W życiu przeszedłem wielee udręk, z którymi dawałem sobie radę, a tu stałem się bezradny. Na na każdym kroku byłem upokarzany i zmuszany do czegoś czego nie chciałem robić. W końcu podjąłem decyzję o przeniesieniu się do innego Domu, a w tej decyzji utwierdził mnie jeszcze odchodzący Dyrektor - Pan B. Namerło. Ten wspaniały człowiek zrobił dla tego Domu ogromnie dużo dobrego. Gdyby nie on to do dnia dzisiejszego większość zabudowań byłaby już ruiną, i w końcu co go spotkało? Został perfidnie usunięty - tak działa miłość bliźniego ze strony zakonnic. Zresztą widzimy to dzisiaj na każdym kroku, że kler nawet do lewicy pójdzie byle tylko dobrze mu się wiodło...

Wiele dobrego mogę powiedzieć o Panu Dyrektorze B. Namerło. Był wspaniałym człowiekiem, który całe swoje życie poświęcił temu Domowi by Dom ten był naprawdę Domem, w którym żyje się godnie. Lecz nie zdążył tego zrobić - musiał odejść, gdyż był już niepotrzebny.

Ciągle był pochłonięty pracą dla mieszkańców tego Domu. Dom Pomocy "Caritas" był potężnym Domem, a do tego większość budynków była zabytkowa - więc renowacja tych budynków pochłaniała ogromne kwoty. Dyrektor Namerła jeździł do Warszawy i pukał do wielu rządowych drzwi by uzyskać potrzebne środki finansowe na remonty i rozbudowę innych pawilonów. W dużej mierze udawało mu się je pozyskać!

Efekty jego długoletniej pracy były widoczne na każdym miejscu. Dom Pomocy w Wieleniu n/ Notecią stał się pięknym Domem do którego mile się powracało.

Owszem, były też i zgrzyty jak to bywa w wielkich kompleksach ludzkich, lecz dzięki Panu Dyrektorowi problemy te były w sposób życzliwy rozwiązywane. Dyrektor traktował mnie jak syna, a ja szanowałem go jak ojca. Zawsze znajdował dla mnie czas i wieczorami często przychodził do mnie. Sprawy były różne, nieraz nawet ostre, ale zawsze znajdowaliśmy wyjście z trudnej sytuacji. Nigdy nie powiedział, że nie przyjdzie, jeżeli nie miał czasu to dzwonił na oddział i prosił by mi przekazano, że przyjdzie wieczorem lub na drugi dzień rano.

Był zawsze i wszędzie, tym Domem żył - i w Dom ten włożył wiele sił i serca. Miał czułe serce dla mieszkańców i był lubiany. Dużo pomagał mi w załatwianiu różnych spraw. Gdy Domem tym zarządzał wspomniany Pan Dyrektor, w tym Domu mieszkało się dobrze mimo, że już nie przebywam tam od 10 lat. Jednak mile tego wspaniałego człowieka wspominałem i miałem dla niego ogromny szacunek. Pan B. Namerła odwiedził mnie tu w nowym miejscu zamieszkania w Gorzowie.

Człowiek ten był wielkim społecznikiem i wiele dobrego zrobił również dla tego miasteczka, w którym mieszkał. Za to co zrobił i ile zrobił dla tego Domu - s. zakonnice powinny złożyć temu człowiekowi hołd! A tymczasem okrutnie potraktowały go i prędko pozbyły się go jak niechciany lub nieprzydatny mebel! Był człowiekiem wyrozumiałym, ponieważ na wiele spraw przymykał oczy mimo, że wiedział, że zakonnice wiele złego czyniły. Polityka nie powinna oddziaływać na Domy Pomocy ponieważ dzieli ludzi, a zakonnice to wykorzystywały i pod groźbą zwolnienia przymuszały do pójścia do wyborów i głosowania na tą lub inną osobę, również same głosowały.

Dla mnie po odejściu Pana Dyrektora życie stawało się koszmarem, a zakonnice tak się uwzięły, że paniom salowym zabroniły by mi nie podawały maszyny do pisania, a nawet zabroniły by nie podawały mi Pisma Świętego. A o umycie głowy to zawsze musiałem wielki bój toczyć z s. zakonną K. Adamczewską (była dyrektorem), a efekt czasami nikły... W końcu powiedziałem do niej - "wy chyba też sobie głów nie myjecie skoro nie pozwalacie by mi ją umyto?"

Smutne było to, że s. zakonne nastawiły personel by zatruwał mi życie. A z tymi, z którymi żyłem w przyjaźni oni w onawie utraty pracy odeszli na bok. I TO JEST MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO? To jest oddanie się na służbę Bogu? Mogę tylko to powiedzieć, że ciężko żyje się w takich warunkach, a do tego w takim stanie, ponieważ zawsze będą powstawały problemy, gdyż dla innych jest się utrapieniem. A to już nie jest miłe. Tak nie powinno być! Czułem się człowiekiem i pragnąłem normalnie żyć i cieszyć się tym co mnie otacza. Zawsze mówiłem i nadal tak twierdzę, że mimo okrutnej tragedii to również można doznawać wiele radości i może być fajnie gdy natrafi się, na życzliwe, "kochane serca" - wtedy ta góra niedoli staje się o wiele mniejsza, a wtedy łatwiej jest oddychać! W każdej ludzkiej tragedii istnieją problemy z pokonywaniem własnych słabości, pustki i bezradności w czterech ścianach, w których ciągle mieszka samotność!

Do góry

Moja historia - część 14

Po miesiącu starań o przeniesienie do DPS Gorzów otrzymałem pozytywną wiadomość, że jestem przyjęty i 20 maja 1991 roku przyjechałem do Gorzowa. Znów historia lubi się powtarzać, na początku w nowym Domu doznałem wiele radości, gdyż wszystko wskazywało na to, że tutaj człowieka traktuje się inaczej. Ale to tylko była fantasmagoria! Wszędzie trzeba walczyć o lepsze jutro, i to niezależnie gdzie jesteśmy.

W domu rodzinnym nie doznajemy tyle złośliwości - lecz życie mamy uprzykrzone na zewnątrz. Sprawy w urzędach, w społeczeństwie, tam właśnie są nasze progi i bariery. Jak już wspomniałem, życie nie biegnie tą drogą, którą my chcielibyśmy iść. Tak było ze mną. Z biegiem lat coraz bardziej starzejemy się i, niektóre nasze organy już nie funkcjonują tak jak za dni młodzieńczych, więc stan mojego zdrowia nie poprawia się, lecz powoli pogarsza się, ponieważ nagromadził się ogromny bagaż cierpienia, udręk przez 30 lat składany.

Nastają chwile, że odechciewa mi się wszystkiego, nawet oddychać, ludzie mnie denerwują. A żyć trzeba, ponieważ nikt nie chce umierać. Ten cudowny dar jakim jest "życie" nigdy nie chcielibyśmy go utracić nawet znajdując się w tak okrutnym kalectwie. Uważam, że w każdej sytuacji może być cudownie jeżeli ludzie okażą sobie trochę prawdziwej miłości, która płynie z serca. Lecz jakże trudno ją dzisiaj znaleźć!? Wierzę, że ona jest tylko trzeba ją ciągle szukać! To jest tak jak ze znalezieniem "diamentu". Czy "diament" leży na każdym polu?

Znajdują się one w szczególnych miejscach. A ile trzeba się natrudzić by je znaleźć? A gdy je znajdziemy jakąż wielką radość mamy! Dlatego warto żyć - nawet w takiej sytuacji zadawać sobie trud w poszukiwaniu "diamentów?" Życie staje się wtedy wartościowsze, a tych wspaniałych "diamentów" znalazłem kilka. Przykre jest to, że nawet te cudowne "diamenty" doznają upokorzeń tylko za to, że takimi już są, i że są lubiani przez takich ludzi jak ja. Odnoszę wrażenie, że w Domach Pomocy nie wolno nam nikogo lubić, a najlepiej jak każdy z każdym kłóci się. Wtedy jest dobrze Wiele widziałem różnych przypadków w swej zawierusze życiowej, i sam wiele przeżyłem. A najbardziej zastanawiało mnie to: Dlaczego starzy ludzie w Domach Pomocy modlą się o szczęśliwą śmierć? Jest to smutne zagadnienie i bardzo bolesne. Ale mimo wszystko nie da się tego problemu pominąć. Dlaczego? Otóż wiedziałem jedno, że gdyby tym wszystkim starym ludziom cofnąć o 50 lat życia, wierzę, że żadna z tych osób nie nadmieniłaby ani jednego słowa na temat śmierci, i nie pragnęłaby umrzeć lub modlić się o szczęśliwą śmierć? Dlaczego w młodym wieku tak bardzo pragnie się żyć, cieszyć i radować z przeżytych doznań!

Lecz z chwilą nastania wieku starczego ludzie są zmęczeni życiem - "tym cudownym darem", są zdesperowani i osamotnieni. Nie mają już sił do dalszej walki. Żyjąc - już za życia się poddali... Chodzą powoli, każda przeszkoda jest dla nich wielkim wysiłkiem. Oddech mają przytłumiony, ręce drżące i niesprawne. Wolą tylko zjeść i zaraz położyć się do łóżka albo siedzą w swoich pokojach znużeni, nakarmieni samotnością, oczy mają przymglone. Co myślą wtedy? Czego pragną, i jak patrzą na dalsze swoje życie? Wiem czego pragną, o czym myślą, ponieważ z nimi rozmawiałem i starałem się ich zrozumieć, pocieszyć w inny sposób by chodź odrobinę otuchy wlać w ich serca, gdyż niebawem sytuacja ludzkości ulegnie radykalnej zmianie, ale nie za sprawą ludzi lecz Jahwe Boga! Lecz ci ludzie nie chcą w nic wierzyć, pragną tylko narzekać i wiele mówić o swoich schorzeniach.

Myślę, że sprawia im to radość gdy ktoś słucha ich. Czują się wtedy dowartościowani, że znaleźli słuchacza, który choć przez chwilkę wczuje się w ich położenie, dają wtedy upust swego szczerego serca. Są jak małe dzieci, które potrzebują dużo serca oraz ciepła i czułości. W tych dużych sercach jest tylko smutek i zmaganie się z samym sobą z dnia na dzień. Wypaliła się w nich chęć do życia i nie pozostało nawet małej półeczki na optymizm. Niektóre osoby musiały zmienić swoje miejsce zamieszkania, inne znalazły się tylko dlatego, że swoim dzieciom zawadzały w domu. Jest takie powiedzenie: "Starych drzew nie przesadza się" To prawda! Tacy ludzie znoszą to źle tęskniąc za swoimi bliskimi. Potrafią tylko leżeć i czekać aż ktoś najbliższy zapuka do ich drzwi i odwiedzi ich.

Do góry

Moja historia - część 15

Mijają dni, tygodnie i nikt do nich się nie zjawia - czują się opuszczeni i niepotrzebni. O tym już poprzednio wspominałem, że sytuacja jest podobna tak jak z tymi, którzy znajdowali się w szpitalu, czuli się opuszczeni przez najbliższych. Drzewo na pustyni bez wody długo nie pożyje - tak samo bywa z człowiekiem starym! Przykra i smutna jest chwila gdy młodzi ludzie przywożą swoich najbliższych do Domu Pomocy tłumacząc tym starym ludziom, że przywieźli ich do szpitala, a z chwilą wyzdrowienia lub poprawy zdrowia zabiorą ich z powrotem do domu. Jest to zwodzenie lub okłamywanie swoich najbliższych, którzy nie zasługują na takie traktowanie. A ta chwila na wyzdrowienie i powrót do domu rzadko nadchodzi, więc ci, starzy ludzie są jak te łodzie wyrzucone na skalisty brzeg przez sztormowe morze.

Nie będę szczegółowo opisywał tych przykrych zdarzeń, ponieważ na ten temat można bardzo wiele napisać! Ale czy ktoś w dzisiejszym świecie ludzką tragedią zbytnio się przejmuje? O niej tylko się mówi, mówi i nic poza tym. Wielu nie wytrzymuje tego dużego napięcia psychicznego, czują się załamani i niechciani, więc żeby nie być dla nikogo ciężarem - wolą modlić o szczęśliwą śmierć, która dla nich stanie się uwolnieniem od ziemskich trosk, zgryzot i cierpienia. Wygląda z tego, że boją się śmierci, a przede wszystkim boją się cierpienia związanego z zakończeniem ziemskiego biegu życia. Z ich mniemania wygląda to tak jak gdyby nasze życie tu na ziemi było jakąś karą, którą musimy ponieść za to, że tu żyjemy, za coś lub za kogoś! Ziemia nasza ma być mieszkaniem naszym, a życie na niej wielką radością! Więc módlmy się o "życie!"

Ponieważ nie ma szczęśliwej śmierci. Śmierć jest tragedią, wielkim bólem i cierpieniem, rozpaczą! Więc czy można modlić się o szczęśliwą chorobę, rozpacz czy ból? Otóż NIE! Możemy a nawet powinniśmy modlić się do Jahwe Boga by dał nam siły do pokonania tej udręki wierząc, że Stwórca doda nam sił byśmy pokonali ten koszmar - i wierząc, że w końcu przeminie. Wierząc również, że Bóg stworzy warunki, w których człowiek będzie żył szczęśliwie, będzie zdrowy i młody, będzie mógł żyć wiecznie!

Adam i Ewa żyli w cudownych warunkach tu na ziemi w ogrodzie Eden, i gdyby nie zgrzeszyli to żyliby do dnia dzisiejszego. Czy zamierzenie Boga co do ziemi i rodzaju ludzkiego zostało zniweczone? Otóż nie! Jahwe Bóg to cudowne zamierzenie odnośnie ziemi i żyjących na niej ludzi - ze względu na bunt aniołów i pierwszej pary ludzkiej odłożył je w czasie by udowodnić ludziom, że w swym samolubstwie nie potrafią sami się rządzić ani zapewnić człowiekowi dobrodziejstwa, miłości i szczęścia, a przede wszystkim życia wiecznego! Stwórca nigdy z tego cudownego zamierzenia nie zrezygnował, a niebawem wielu się przekona,że Słowa zawarte w Jego Prawie - Piśmie Świętym są prawdziwe i urzeczywistnią się. Niejedni wątpią w obietnice Boże i wolą pokładać nadzieję, ufność w rządach i ich przywódcach, organizacjach politycznych wierząc, że oni zapewnią człowiekowi szczęście, dostatek, pomyślność!? Ale po pewnym czasie płonna nadzieja przeobraża się w rozczarowanie, ból i beznadziejność. W sercu znów powstał zawód, że obietnice ludzkie spełzły na niczym, na kłamstwie. Zachodzi więc pytanie: Jakie jest z tego wyjście jeżeli człowiek nie jest w stanie zapewnić prawdziwego pokoju i bezpieczeństwa, sczęścia i dostatku! A co z człowiekiem?

Z tego wygląda, że człowiek nie potrafi się rządzić bez kierownictwa Stwórcy? Od tysięcy lat człowiek toczy ze sobą nawzajem zacięte boje przelewając morze niewinnąej krwi. Na świecie panuje gwałt i przemoc, kłamstwo i obłuda, światem rządzi pieniądz. Ludzie nawzajem się nienawidzą. Oddalili się od prawdziwego Jahwe Boga i chodzą swoimi ścieżkami. Mówią, że wierzą, a robią co innego. Dlatego Pan Jezus skierował słowa potępienia do Żydów, mówiąc: "Dobrze o was prorokował prorok Izajasz, mówiąc: Lud ten czci mnie wargami, lecz sercem daleko jest ode mnie". Te cudowne słowa Pana Jezusa również tyczą się do dzisiejszego chrześcijaństwa oraz wszystkich ludzi żyjących na ziemi "oby nie miłowali wargami lecz sercem". W tym całym okrucieństwie główną rolę siania niezgody, buntu i nienawiści wiedzie religia fałszywa przyrównana do "Babilonu Wielkiego". Już niebawem Stwórca nieba i ziemi położy kres wszelkiemu złu i przemocy panującej na ziemi i wytraci ludzi bezbożnych, niewiernych Jego zamierzeniu. Tych, którzy nie spełniali Jego woli!

Ktoś mógłby się zapytać: Czy wszyscy zginą? Otóż odpowiedź na to oraz inne pytania znajdziemy w Biblii - Słowie Bożym danym ludzkości od Stwórcy. Na ziemi jest tylko jeden lud, który głosi prawdę o Jahwe Bogu - "dobrą nowinę o Królestwie Bożym".

Do góry

Moja historia - część 16

Ten lud ma nadzieję przeżycia Armagedonu i życia tu na ziemi w rajskich warunkach, ponieważ w dalszym ciągu głoszą cudowne dzieło o "Królestwie Bożym" zapoczątkowane przez Pana Jezusa. Pan Jezus będąc na ziemi głosił naukę życia i to wiecznego, a nie śmierci! Powiedział: "Kto wierzy we mnie, nie umrze, a żyć będzie. Czy wierzysz w to?" A jeszcze wcześniej - bo kilka tysięcy lat przed narodzeniem Pana Jezusa prorok Hiob wypowiedział w natchnieniu od Boga cudowne słowa nadziei, które niebawem zaczną się urzeczywistniać, napisał: "To jego (starca) ciało odzyskuje młodzieńczą siłę, wraca do dni swojej młodości". Tak więc człowiek wierzący w zamierzenia Jahwe Boga oraz "OKUP" złożony prawie 2000 lat temu przez Pana Jezusa na palu męki wcale nie musi umrzeć, gdyż na potwierdzenie tych słów w Księdze Izajasza znajdujemy takie słowa "że ziemia wyda umarłych, powstaną z prochu ziemi", a "kulawi, chromi będą skakać jak jelenie" i "nikt więcej nie powie: Jestem chory!"

Stwórca w swym Słowie - Biblii zapewnia, że w "nowym porządku Bożym" ludzie "pobudują domy i zamieszkają w nich na zawsze, zasadzą winnice i spożywać będą ich owoce Urodzą dzieci, które nie będą przeznaczone na wczesną śmierć. A wiek mojego ludu mówi Bóg, będzie jak wiek drzewa". Z tego zapewnienia wynika, że człowiek będzie żył długo a do tego będzie jeszcze młodym i szczęśliwym. Amerykańskie drzewa olbrzymy "sekwoje" mają już ponad 3500 lat, a niedawno odkryto drzewo w Japonii, które żyje prawie 7000 lat, a więc "wiek ludu mego będzie jak wiek drzew". Na potwierdzenie tych proroczych słów w ostatniej Księdze Biblii Objawieniu czytamy: "I (Bóg) otrze z ich oczu wszelką łzę, i nie będzie już ani płaczu, ani bólu, ani mozołu, ani krzyku, ani śmierci. Pierwsze rzeczy przeminęły i nie będzie się nawet wspominało". Ponieważ Stwórca Jahwe rzekł: "OTO WSZYSTKO NOWYM CZYNIĘ! Napisz to: bo słowa są pewne i prawdziwe!" Czyż nie jest to cudowna nadzieja? Ktoś może zadać takie pytanie: A co z umarłymi?

Pismo Święte mówi: "że będzie zmartwychwstanie sprawiedliwych i niesprawiedliwych" tu na ziemi, a nie w niebie! Czy nie jest to cudowna nadzieja dla kalekich, ludzi starych i utrudzonych, sponiewieranych. Takim ludziom trzeba tchnąć w serca prawdziwą nadzieję by w swej starości, w życiowej tragedii jawnie patrzyli na wspanialsze życie tu w raju na ziemi pod panowaniem Królestwa Bożego!

A nie w strachu przed piekłem czy starością modlili się o szczęśliwą śmierć. Lecz w Domach Pomocy zbytnio o to się nie dba - bo po cóż komu jest potrzebny stary lub kaleki człowiek... Lecz ja bardzo wierzę w zamierzenia i zapewnienia Boga, że niebawem to wszystko zacznie się spełniać. Dlatego dożycia jestem pozytywnie nastawiony. A czy nasze cierpienie ma otwierać ludziom oczy na tragedię drugich? Uważam, że cierpienia w ogóle nie powinno być. A jeżeli już jest to jest tylko udręką, która uczy nas innego spojrzenia na ludzi i świat, ale nie otwiera żadnej drogi na życie gdzieś poza ziemią.

Cierpienie nie powinno być jakimś antidotum na pielęgnowanie naszego symbolicznego "ogródka" jak jest serce. Cierpienie nie zawsze sprzyja w pielęgnowaniu dobrych wartości. Nierzadko wywołuje agresję z powodu doznanego nieszczęścia, długotrwałego bólu! Jeżeli w nieszczęściu spojrzymy trochę inaczej na ludzkie sprawy to już jest fajnie, a do tego jeżeli uda się nam wydobyć z naszego serca wspaniałe przymioty jak: miłość, radość, życzliwość, uprzejmość, dobroć, pokój, łagodność i panowanie nad sobą. Wtedy o wiele przyjemniej, spokojniej będzie się żyło!

Nadal uważam, że z cierpieniem można żyć, ale nie jest to antidotum umartwiania się, szczęśliwości lub bycia lepszym. Oczywiście, że w cierpieniu można się też uśmiechać, kochać i być kochanym, ale na dłuższą metę cierpienie pozbawia nas wszystkiego co ludzkie a wtedy możemy zatruć życie sobie oraz innym. Mówiąc inaczej, żyć normalnie, gdyż cierpienie nie jest czymś stałym co mogłoby zakłócić nasz spokój i przyprawić o zgryzotę.

A jeżeli jest ból, to jest on tylko chwilowy i wtedy człowiek cierpi, lecz powoli ten ból przemija i przychodzi ulga, jeżeli poważna choroba i ból się nasila wtedy jest to już tragedia i trzeba skorzystać z pomocy lekarskiej i leczenia farmakologicznego. Jest to jak z pogodą - chmury przemijają i nastaje słonko Cierpieniem jest też stawiania czoła ludzkim złośliwością, gdyż ludzkie języki nie tolerują ludzi kalekich, starych -i to może zatruć życie!

Do góry

Moja historia - część 17

Pragniemy spokojnego życia, bez żadnych ułomności - fizycznych czy psychicznych, każdy tego pragnie kto normalnie myśli.. Była to dla mnie i nadal jest ciężka przeprawa przez życie, ponieważ kiedyś byłem zbyt młody i wiele spraw nie rozumiałem, a do tego sromotnie upokorzony przez los. Proszę mi wierzyć, że to nie było wcale łatwe. W większości mego życia musiałem sam się uczyć pokonywania różnych problemów, które spotykały mnie każdego dnia - i trwa to do dnia dzisiejszego! Problemy, które mnie trapiły nie zawsze udało mi się z nimi uporać, ponieważ skąd miałem czerpać dobre wzory? Rodzice nie zawsze byli koło mnie by służyć dobrą radą.

Dlatego były też wzloty i upadki, które przez długie lata ciągnęły się za mną. I tu wiem, że nie zwiędnąłem jak liść w powiewie słonecznego żaru! Starałem się opisać mój los rzetelnie oraz tych, których na swojej drodze spotykałem. Jest to smutne życie, życie od kuchni do którego zwykli śmiertelnicy nie mają wstępu, a z drugiej strony wolą nie wiedzieć, że coś takiego istnieje.

Zjawiska te ciągle narastają, ponieważ czasy się zmieniają i stają się trudne do zniesienia, a to nie napawa radością, Wielu będzie się jeszcze bardziej pogrążało w samotności gdyż nie umieli się odnaleźć w tej trudnej sytuacji jaka panuje w kraju, w świecie. Tylko silni i sprytni chwilowy odnosić będą sukces. Pisząc to wspomnienie o sobie oraz o klimacie panującym w Domach Pomocy wiem, że niektórzy odbiorą moje przeżycia z niedowierzaniem. Ale takie są fakty, a nie inne.

Wiem, że temat ten może wielu przygnębić, a to dlatego, że woleliby by takich drastycznych tematów nie poruszać... Również wierzę, że wielu może łaskawym okiem spojrzeć na niedolę innych i powiedzieć sobie: Ja też tam mogę się znaleźć? Lecz oni tylko walczą o to by było lepiej. Niepełnosprawni pragną wyjść z ukrycia i pokazać się, że w takiej czy innej sytuacji dają sobie radę. Wszyscy tworzymy całość! Jedni gonią za czymś, drudzy walczą o życie, a jeszcze innych zabija samotność, gdyż czują się jak wyrzucone statki na skalisty brzeg utrapienia nie mając nawet siły usiąść w cieniu marzenia. A co jest ze mną dzisiaj. Czy mam spokój? Otóż nie! Dalej walczę w pokonywaniu progów i barier cicho wierząc w sercu, że zaświeci już niebawem słonko nadziei!

Po burzliwych kolejach swego losu znalazłem się w Domu Pomocy w Gorzowie. Tu również na początku wszystko wskazywało na to, że będzie fajnie - lecz tak się nie stało. Zawsze bywa tak, że "niby" doznajemy chwilowego olśnienia, a gdy zaczynamy wchodzić głębiej w las - to zauważamy coraz więcej "różnych drzew". Tak i tu zaczęło powstawać coraz więcej problemów, gdyż zawsze odzywa się odwieczny nasz wróg - "krzywe lub niechętne podejście do człowieka kalekiego". Kaleki lub sparaliżowany człowiek dla drugich jest zawsze zawadą, utrapieniem. I to nieważne jest czy jest się jeszcze młodym czy starym. A ludzi takich nie traktuje się poważnie. Problem ten jest taki sam we wszystkich Domach Pomocy w naszym kraju.

Wszędzie trzeba walczyć by móc w miarę normalnie żyć i czuć się człowiekiem. Tak było w pierwszym Domu w Lubsku, tak było w Wieleniu n/Notecią, i tak było i nadal jest w Gorzowie. Wszędzie trzeba było pokonywać bariery ludzkiej złośliwości. A to kosztuje wiele zdrowia, lecz uważam, że tak nie powinno być! Najsmutniejsze jest to, że cierpienie fizyczne lub psychiczne bywa niekiedy bolesne, a do tego niektórzy tych udręk dokładają nam, a przecież powinni pomóc nam w naszej niedoli. Wiedzą dobrze, że nie jest to miłe gdy dziesiątki lat jest się przykutym do łóżka, "że łąką i lasem, zachodem słońca są nasze cztery ściany". Moje życie w obecnym Domu niekiedy było koszmarem, udręk doznałem sporo,ale to było niczym w porównaniu z tym co zaznałem w ostatnim roku mojego pobytu w poprzednim Domu Pomocy w Wieleniu n/Notecią. Były trudne sytuacje życiowe, a mimo wszystko jeszcze bardziej próbowano mi to życie uprzykrzyć. Wszelkie chwyty w psychicznym niszczeniu mnie były dozwolone.

W mniemaniu niektórych pań z personelu człowiek taki miałby tylko leżeć - nic nie mówić, patrzeć się w sufit i czekać jak inni na - "szczęśliwą śmierć!" Również przykre jest, że mieszkaniec, który i tak cierpi, a poza tym czuje się osamotniony jest pozbawiany swoich wartości, a więc nierzadko czuje się jak ten kołek u płata. Pozbawia się go własnych uczuć, wewnętrzego ciepła, a to dlatego, że nie może mówić głośno, że kogoś lubi, że przy takiej osobie czuje się lepiej, ponieważ mówiąc głośno o swojej sympatii dla tej czy innej osoby szkodzi jej - ponieważ same koleżanki z pracy uprzykrzą jej życie.

Do góry

Moja historia - część 18

Jest to nic innego, jak głupia a niekiedy nawet obsesyjna zazdrość. A my czujemy się wtedy jak banici. Wiem o tym z własnego doświadczenia. A jakby było tego jeszcze mało to w związku z różnymi animozjami robi się wroga atmosfera, a wtedy ciężko się żyje na tym łożu boleści. A może byłem zbyt młody, a na młodego patrzy się inaczej i inaczej do takiej osoby się podchodzi? Takie pytania często na myśl mi przychodziły. Ale pragnąłem żyć normalnie i też tak być traktowany. Często zastanawiam się dlaczego człowiek człowiekowi zadaje tyle bólu. Czyż na tym wariackim świecie za mało jest okrucieństwa, przemocy, bólu i płaczu? By jeszcze nawzajem się niszczyć? Po sztormowej pogodzie, w obecnym miejscu mego zamieszkania powolutku zaczęło zaświtywać słonko! Nie poddałem się. Zacząłem jeździć do posłów, senatorów, byłem również u wojewody gorzowskiego bronić swoich racji, które były słuszne. Z perspektywy sześciu lat pobytu w Gorzowie mogę powiedzieć, że dzisiaj żyje się w miarę dobrze. Lecz wiele czynników na to się złożyło. Częściowo wywalczyłem to sobie, a częściowo wniosła to "wspaniała Osoba", która przyszła tu do pracy. Do tej wspaniałej Osoby troszeczkę później powrócę. Wszędzie gdzie przebywałem miałem jakieś szczególne szczęście do remontów w tych Domach.

Po przybyciu w maju 1991 roku do DPS Gorzów, w lecie rozpoczęto gruntowny a nawet generalny remont Domu. Najpierw było generalne malowanie, później rozpoczęto ocieplanie Domu styropianową płytą. Z dnia na dzień wizerunek tego Domu stawał się ładniejszy.. Tylko atmosfera w środku na oddziałach była zła. W trakcie remontu zostało dobudowane jedno skrzydło, w którym mieści się piękna sala rehabilitacyjna z gabinetami zabiegowymi, również powstał oddział rehabilitacyjny, z którego to korzystają mieszkańcy całego województwa gorzowskiego. Dom ten wspaniale jest przystosowany dla ludzi poruszających się na wózkach. Są dwie dobre windy, zrobione są podjazdy dla wózków. Gorzowski Dom Pomocy jest najlepiej przystosowany dla ludzi z dysfunkcją narządu ruchu aniżeli Domy, w których przebywałem. Wokół Domu są chodniki z kostki, po których bezpiecznie się jeździ wózkiem. Teren wokół Domu jest ładnie zagospodarowany, także latem przyjemnie jest posiedzieć na dworze. Wewnątrz Domu jest ładnie. Korytarze są długie i nie straszą więziennym klimatem. Są również ładne balkony, na których przyjemnie jest przebywać gdy na dworze jest ciepło.

Nasz Dom stał się teraz przytulnym i ciepłym mieszkaniem, w którym miło się mieszka. Lecz jest to również zasługa tej właśnie "wspaniałej Osoby". Dla ludzi leżących ważne jest to by mieli trochę spokoju, a pokoje, w których przebywają nie były zatłoczone. W Domu tym są pokoje jedno i dwuosobowe. Dla osoby leżącej i młodej - pokój jednoosobowy jest czymś wspaniałym, ponieważ jest spokój, ma się odrobinę intymności. Jest większa możliwość spokojnego wypoczynku, można sobie o wielu sprawach pomyśleć, pomarzyć, posłuchać radia, oglądać telewizję - i nikt mi nad uchem nie mruczy, że to czy tamto przeszkadza współtowarzyszowi. Pokój jednoosobowy ma jeszcze tę zaletę, gdy pielęgniarka lub p. pokojowa wykonuje toaletę to jest ten dyzkomfort psychiczny, ponieważ nie czuje się skrępowania. Jest to bardzo ważne.. Staram się bardzo dużo czytać różnej, ciekawej literatury, z której mogę się czegoś nauczyć, uwielbiam poezję. Poza tym dużo piszę na maszynie do pisania.

W moim pokoju często przebywa sporo gości, jest to miłe bo choć przez chwilę zapominało się o samotności, a przytym można było spokojnie rozmawiać nikomu nie przeszkadzając.. Zawierałem nowe znajomości. Pisałem i nadal w wolnej chwili piszę wiersze. W 1993 roku przyjaciele zrobili mi wielką frajdę, zrobili mi wspaniałą wycieczkę i samochodem zawieźli mnie nad morze, ukochane morze. Dla mnie było to cudowne przeżycie, ponieważ ostatni raz byłem nad morzem w 1961 lub 62 roku. Moją niespełnioną miłością jest właśnie morze, i gdyby nie moja tragedia to pływałbym już kilkadziesiąt lat po morzach i oceanach świata. Ten wspaniały dzień pobytu nad morzem był mi tematem w konkursie literackim jaki ogłosił Wojewódzki Zespół Pomocy Społecznej w Gorzowie. W konkursie tym brały udział wszystkie DPS-y z woj. Gorzowskiego.

Do góry

Moja historia - część 19

W dniu ogłaszania wyników Organizatorzy zaprosili wszystkich finalstów do ładnego klubu "Lamus" - były władze województwa, byli też redaktorzy lokalnych gazet. Jednym słowem było to miłe przyjęcie i fajne przeżycie dla nas.. Atmosfera była serdeczna, śpiewy, recytowanie wierszy, dzielenie się swoimi przeżyciami. Na tym przyjęciu po raz pierwszy ujrzałem tę wspaniałą Osobę. W konkursie zdobyłem I-nagrodę, a ngrodę pieniężną zagospodarowałem we właściwy sposób. (zbieranie kapitału na komputer) Marzeniem moim było posiadanie własnego komputera z drukarką. Rozpocząłem więc starania o komputer. W tej sprawie zwróciłem się do klubu poselskiego SLD w Gorzowie. Poseł SLD p. Jędrzejczak polecił mi wspaniałego redaktora "Ziemi Gorzowskiej" pana Macieja Woźnego. Pan Maciej napisał artykuł o moim marzeniu w gazecie. Również zaprzyjaźniłem się z Panem Maciejem.

Po kilku miesiącach od dnia ukazania się tego artykułu odwiedziła mnie pewna starsza Pani z córką i zaofiarowała mi pomoc. Odwiedziny tej cudownej Pani były dla mnie niczym piękny sen! Lecz nie był to sen ale najprawdziwsza rzeczywistość! Cudowna Pani Urszula K. mieszka na stałe w Berlinie. Znajomość stała się wspaniałą przyjaźnią i trwa do dnia dzisiejszego. Pani Urszula bardzo dużo mi pomogła i w miarę możliwości pomaga nadal. W trakcie starania się o komputer w Domu tym spotkałem się z wielką ironią ze strony personelu. Uważali, że coś sobie ubzdurałem i wydziwiam. Mówili: Kto mu da komputer z drukarką?

Nawet sprowadzono mi panią doktor by zaopiniowała czy komputer będzie mi służył również do rehabilitacji. Weszła do mojego pokoju z takim trochę drwiącym uśmieszkiem i pyta się: Po co jest potrzebny panu komputer i czy umie pan posługiwać się nim? Odpowiedziałem, jest pani lekarzem, a zadaje pani takie absurdalne pytania. Mówię, komputer będzie mi tym, że nie będę patrzył się w sufit a jedynie w komputer!? A opinia pani nie mi potrzebna, odrzekłem: Potrzebuję komputer a nie jakieś ironiczne insynuacje? Pani doktor zdenerwowała się i wyszła z pokoju. Mimo sprzeciwu wielu nieżyczliwych ludzi nie dałem za wygraną i zacząłem starania o pozyskanie sponsorów. Codziennie siadałem na wózek i podjeżdżałem do telefonu, a pomagał mi w tym wspaniały, młody chłopak imieniem Stasiu, który pracował tu jako salowy. Stasiu trzymał mi słuchawkę, a ja dzwoniłem do różnych firm pertraktując z dyrektorami, prezesami różnych firm. Później wysyłałem do nich pisma. I w ten sposób pozyskiwałem Ludzi Dobrej Woli. W końcu po długich staraniach otrzymałem upragniony komputer z drukarką. Przyjaciel nauczył mnie posługiwać się tym komputerem. Dzisiaj komputer jest moimi rękami i oknem na świat, po prostu nie wyobrażam sobie życia bez komputera.

Wielu "złośliwych" zmieniło o mnie zdanie i przyznali się sami, że nie wierzyli w to, że ja ten komputer pozyskam. Zastanawiam się nad tym, skąd w ludziach jest tyle "jadu" - przecież wiedzą w jakim jestem stanie, i zamiast wyjść mi naprzeciw z dobrą radą, życzliwością, pomocną dłonią by ten niedoli mrok rozjaśnić czymś - co sprawiłoby mi trochę radości. Zrobiliby wszystko by człowieka podeptać, życzyć mu najgorszego, a gdyby to nie udało mi się, to dobiliby mnie swoimi złośliwościami.Dla nich byłem tym, który targnął się z motyką na słońce! Na każdym kroku sceptyczne jest podejście personelu, administracji do naszych starań o częściowe usamodzielnianie się. Oni twierdzą, że mamy jedzenie, spanie, opiekę - to czego jeszcze chcemy? Przykre jest to, że w dalszym ciągu uważają nas za niewolników, którzy do niczego nie mają żadnego prawa.

Na szczęście to staro-skamieniałe myślenie u tych ludzi trochę zmieniło się na plus, ale skamieniały monolit był i trzeba było go trochę skruszyć. Wierzę, że to się udało. Lecz kosztowało wiele zdrowia i wysiłku. Ale to jeszcze nie koniec moich zmagań z losem o lepszy żywot! Patrząc z perspektywy czasu - to dzisiaj życie moje wygląda całkiem inaczej niż na początku mojego przybycia do tego Domu. Dzisiaj mam prawdziwą wolność, swobodę działania. Dom ten jest Domem otwartym, można tu wejść o każdej porze. Miło jest tu przebywać. Poznałem wiele miłych osób, którym zawdzięczam wiele dobrego. Zmieniło się również na lepsze myślenie Dyrekcji Domu o nas ludzi młodych. A to dlatego, że coraz więcej przybywa nłodych ludzi na wózkach, oni też pragną coś robić tak jak ja, a nie tylko z dnia na dzień wegetować... Byłem również z przyjaciółmi trzy razy w Berlinie. Dla mnie był to ogromny szok i zarazem wspaniała radość, że ja w takim stanie mogłem pojechać poza granicę kraju i oglądać piękno w innym kraju, o którym dużo słyszałem z opowiadania oraz z telewizji. A jednak jest to fakt!

Do góry

Moja historia - część 20

Życie czasami potrafi spłatać figla w tym dobrym znaczeniu. Do pracy na stanowisko wicedyrektora Domu przyszła już prędzej wspomniana wspaniała Istota - pani mgr E. Kulik - Dom ten nabrał jeszcze większego blasku. Naprawdę przyszedł "Ktoś" młody z czułym - wrażliwym sercem. Wraz z nią przyszło nowe myślenie. Stare struktury zachwiały się mocno w posadach, monolit zaczął się kruszyć, a nam leżącym w końcu zaświeciło słonko, gdyż Pani dyrektor takim właśnie "słonkiem" jest. Ja chciałbym to wyrazić jeszcze piękniej - "w mury niedoli i smutku zawitała śliczna wiosna" - bo takim właśnie powietrzem powiało tu! Personel zaczął inaczej nas traktować i jednocześnie odzywać się.

Jak wiele zależy od odpowiednich osób by życie uległo zmianie. Wiele to znaczy gdy na właściwym miejscu znajdzie się właściwa osoba. Jest miła, serdeczna, czuła, ma wspaniałe serce, ślicznie się uśmiecha! - "bo czyż wiosna może się inaczej uśmiechać i nie być piękną?" Potrafi być stanowcza i konsekwentna, a chwilą jej przyjścia Dom ten odżył, i Dom ten żyje, gdyż w Domu tym wiele się dzieje. Jest zespół "Niezapominajki" - w skład którego wchodzą mieszkańcy Domu, jest zespół szachowy, koło wędkarskie, co kwartał wydawany jest Domowy "Zwiastun Kwartalny", do którego czasami coś napiszę, jest terapia zajęciowa - mieszkańcy robią tam różne, fajne rzeczy, odbywają się też różne konkursy, często nadawane są koncerty życzeń dla mieszkańców i personelu przez domowy radio węzeł, często są organizowane zabawy dla mieszkańców w świetlicy Domu i na powietrzu również. Latem są organizowane pikniki, wycieczki. Wyświetlane są filmy na video. W Gorzowie istniała Fundacja "SERCE NA DŁONI" - o tej Fundacji już wcześniej wspomniałem. Była to Fundacja martwa, ale miała wciąż aktualne konto bankowe, więc konto to wykorzystywaliśmy na zbieranie pieniążków na pomoc innym potrzebującym. Z chwilą przyjścia Pani Dyrektor celem jej było ożywienie martwej Fundacji. Dnia 14 marca 1996 roku zwołano Radę Fundacji, na którą również zostałem zaproszony. Rada Fundacji nakreśliła nowy cel działania i jednocześnie powołała nowy Zarząd, którego Prezesem została Pani mgr Ewa Kulik. Ja jestem z tą Fundacją związany. Fundacja stara się pomagać ludziom poszkodowanym przez los. Fundacja wciąż działa.

A ja? Cóż ja! Staram się żyć normalnie i nadal realizuje swoje cele, które umożliwiają mi żyć normalnie w tym zwariowanym świecie. Staram się też dbać o swoje kiepskie zdrowie, ponieważ z dnia na dzień przybywa nam lat, więc organizm mój staje się słabszy i jest bardziej podatny na różne choroby, których w tym świecie nie brakuje. Każdego dnia dziękuję Najwyższemu Stwórcy Jahwe Bogu za dzień, który przeżyłem, za problemy jakie Najwyższy umożliwił mi pokonać, za piękno które mogę czasami oglądać będąc na dworze. Bo wszystko co robimy to dzięki Jego życzliwej woli. I o tym powinniśmy pamiętać na każdym miejscu i o każdej porze - "bo gdyby Jahwe wciągnął z powrotem swoje tchnienie to wszelkie stworzenie na ziemi zginęło by". Czas nieubłaganie biegnie do przodu i czasami niesie przykre niespodzianki, które niszczą dobrych ludzi. Po radosnej "wiośnie" dla tego Domu nastała zima!

Z chwilą zakończenia tego opowiadania na arenie politycznej zaczęło się wiele dziać - więc i polityka zajrzała do tego Domu i uczyniła wielkie spustoszenie. Odbiło się to również na nas mieszkańcach. Z przykrością mogę powiedieć, że wiele zmieniło się tu na gorsze. Dzisiaj, w 2001 roku to już nie jest ten sam Dom, który był za Pani mgr E. Kulik. c..d..n.

Jan Nowak

W TYM zwariowanym świecie powinni uświadomić sobie, że taki lub inny - okrutny los może spotkać każdego. I co wtedy?

==================================================================

Do góry

Projektowanie stron internetowych projektowanie stron internetowych - piotermen.com